Po ogłoszeniu Wrocławia twierdzą pracodawczyni moja postanowiła wraz z nieletnią córką i siostrą opuścić Wrocław, udając się pociągiem do rodziny zamieszkałej w Bawarii. Zwróciła się wówczas do mego ojca, aby pomógł jej przewieźć dobytek na dworzec. W tym momencie nastąpiło moje pierwsze zetknięcie z oblężonym Wrocławiem. Ojciec przygotował wózek, załadował rzeczy, na górze posadzono dziecko szefowej i tak odwieźliśmy ich na dworzec. Ta eskapada przypadła W okresie, gdy temperatura spadła do -16 stopni. Skutkiem ostrej zimy ulice pokryte były śniegiem i lodem. Udaliśmy się wówczas ulicą Augustastrasse do Strasse der S.A. (obecnie Powstańców Śląskich) i dalej przez Rynek, gdzie przy ratuszu wrocławskim udając, że boli mnie noga, zatrzymałam się, aby popatrzeć na wspaniały zabytek, który od dnia mego pobytu we Wrocławiu, tj. od 1941 r. był Mekką wszystkich moich dziecinnych spacerów w wolne od pracy niedzielne popołudnia. Kiedy przechodziliśmy kolo Piwnicy Świdnickiej, przymocowywano tam właśnie chorągiew Czerwonego Krzyża. W Piwnicy Świdnickiej był punkt opatrunkowy. Nasza dalsza droga wiodła obok Uniwersytetu i tutaj zderzenie z rzeczywistością było okrutne. Na chodnikach układano zmarłych. Najwięcej leżało dzieci. Oddziały usuwające zwłoki miały pełne ręce roboty. Co parę metrów widać było zatrzymującą się ciężarówką, często bez osłony, a mężczyźni z niej wyskakujący usuwają zwłoki leżące na ulicach. Tu i ówdzie buszowały wśród trupów bezdomne psy i koty. W przejściu uniwersyteckim leżała zdechła krowa, koza i porzucony wózek z dobytkiem. Prawdziwa panika i zamęt ogarnęły ludzi kierujących się w stronę dworca. Im bliżej, tym większa tragedia, lament, plącz dzieci i krzyki. Widok dworca utkwił mi w pamięci do dzisiaj. Na ławkach zamarznięte zwłoki niemowląt. W nieświadomości mojej oburzona byłam na matki, które swoje dzieci poukładały na ławkach dworcowych. Dopiero stając na peronie, przy przepełnionym do niemożliwości pociągu, gdy ktoś przez okno podał memu ojcu zawiniątko w kocyku w niebieską kratę prosząc, aby pochował miesięczne dziecko imieniem Monika, zrozumiałam, że wszystkie zawiniątka na ławkach to nieżywe dzieci.

Po wyjściu z dworca udaliśmy się z naszym niemowlęciem do dyżurującego w budce obok dworca lekarza, który nie oglądając dokładnie zwłok stwierdził zgon. Pochowaliśmy małą Monikę przy dużym drzewie w parku naprzeciw dworca. Ojciec zawiniątko włożył do kartonu (na obrzeżu dworca było ich pełno) i przy wspomnianym drzewie umieścił w uprzednio wykopanym dole.

Zaraz po tej ceremonii udaliśmy się do domu, gdzie na nas czekała przerażona matka z młodszym moim bratem, na ulicy, bezradna i gotowa do ucieczki. Byliśmy znów razem to dawało nam otuchy i nadziei...