|
Z
"Kroniki" księdza Alfonsa Buchholza kapelana szpitala
św. Jerzego (do 2000 r. szpitala im. Ludwika Rydygiera). ...l8
stycznia 1945 r. Początek ucieczki, gdyż rozpoczęta w połowie stycznia
ofensywa rosyjska, po sforsowaniu Wisły posuwa się szybko w kierunku
Górnego Śląska oraz Wrocławia. Wieczorem nalot lotniczy, nieco słabszy
niż 7 października Następuje masowa ucieczka ludności z prowincji
i z miasta. Władze twardo nalegają na ewakuację. Wielu uciekinierów
idzie piechotą niosąc lub wioząc na małych ręcznych wózkach swój
dobytek, gdyż kolej nie może sprostać tym masom ludzkim. Bardzo
mroźne dni. Z tego powodu wielu ludzi zamarza na ulicach są to najczęściej
dzieci. Zdarzają się porody na peronach4"...
Wspomnienia
Luizy Hartmann. ...Nieszczęście przyszło do naszego domu
w piątek 19 stycznia i przybrało postać przedstawiciela terenowej
grupy NSDAP (Ortsgruppe der NSDAP), który oświadczył tonem nie znoszącym
najmniejszego sprzeciwu:
"Wrocław
został ogłoszony twierdzą i musi być uwolniony od zbędnej ludności
cywilnej. Dlatego też należy się spakować i w ciągu najbliższej
doby być gotowym do ewakuacji koleją do Jeleniej Góry lub Zgorzelca.
Odjazd nastąpi z Freiburger Bahnhof (obecny dworzec Świebodzki).
Ze względu na trudności transportowe należy zabierać tylko bagaż
ręczny."
Widząc
przerażenie naszej Mamy i nas, ów przedstawiciel grupy partyjnej,
a był nim zresztą dawny znajomy naszego ojca - Klausner, próbował
nas pocieszyć, że bolszewicy zostaną szybko odparci i wkrótce wrócimy
do domu. Nie potrafiliśmy w to uwierzyć.
Konieczność
porzucenia domu, który stanowił dorobek całego życia moich rodziców,
w którym wychowywałyśmy się i który miał stanowić posag moich sióstr
i mój, po to by iść na tułaczkę, wprawiła nas w skrajne przygnębienie.
Gdzie
miałyśmy w czasie ewakuacji mieszkać? Z czego żyć? Po południu przyszedł
z fabryki ojciec. Również i on nie mógł powiedzieć nic pocieszającego.
Przy jego kalectwie trudy ewakuacji były czymś przerażającym
Następny
dzień, tj. sobota, przyniósł jeszcze gorsze wiadomości. Elżbieta
(tj. siostra autorki - RM) była na Freiburger Bahnhof i widziała
tam rzeczy straszne: tłumy szturmujące nieliczne pociągi, ludzi
tratujących się wzajemnie, łamiących sobie kości i obrzucających
się najgorszymi wyzwiskami. Widziała stosy porzuconych walizek i
wiele dzieci pogubionych przez rodziców. O zdobyciu jakiegokolwiek
miejsca, choćby tylko dla ojca, w ogóle nie bylo mowy. To samo działo
się na innych dworcach.
Wieczorem
nasza tragedia zdawała się sięgać dna. Przez radio przekazane zostało
polecenie władz - ewakuowania się pieszo w kierunku Kątów i Świdnicy
(...). Było wykluczone, by ojciec mógł w tym uczestniczyć. Na swojej
protezie nie doszedłby zapewne nawet do autostrady. Podjęliśmy wówczas
najtrudniejszą chyba w życiu decyzję. Mama z Elżbietą ewakuują się
i spróbują dotrzeć do naszych krewnych w Dreźnie, ja zostanę z ojcem
we Wrocławiu (...). Mama z Elżbietą wyruszyły następnego dnia o
świcie. O naszym pożegnaniu nie potrafię jeszcze dziś myśleć spokojnie.
Mamy nie ujrzałem już nigdy w życiu...
|