Rok 1956 i 1957 nie był szczęśliwym dla wrocławskiego muzeum. Właśnie wtedy, dokładnie 29 maja wrocławska milicja otrzymała zgłoszenie od dyrektora muzeum o zuchwałym włamaniu do placówki. Niestety włamanie zauważono po dwóch dniach w czasie których muzeum było po prostu zamknięte. Zgłoszono kradzież dzieł sztuki w postaci bardzo wartościowych sreber. Z racji charakteru przestępstwa /mienie państwowe/ natychmiast także poinformowano Służbę Bezpieczeństwa o zaistniałej kradzieży. Po dłuższych oględzinach budynku muzeum stwierdzono, że złodzieje dostali się do wewnątrz korzystając z uchylonego okna piwnicznego, potem holem głównym na piętro nie zostawiając po drodze żadnych śladów. Głównym celem złodziei stała się sala z galerią rzemiosł artystycznych. Skradziono przedmioty stanowiące zabytki kultury śląskiej z okresu XV – XVII wieku. Jak wcześniej napisałem większość była wykonana ze srebra a ich ówczesną wartość oceniono na 350 000 pln. Wartość historyczna i muzealna była zdecydowanie większa. Po złodziejach nie było dużo śladów. Szybko ustalono, że zamki poszczególnych drzwi otworzono i zamknięto „z klucza” tak by nie budziły podejrzeń. Gablot z ekspozycją także nie zniszczono a do środka dostano się przez wyjęcie ich tylnych ścianek zabezpieczających. Na prędce powstała teoria że włamania dokonał ktoś znający muzeum, a więc pracownik lub ktoś z rodzony lub jego najbliższego otoczenia. Skradziono też najwartościowsze przedmioty co tylko potwierdzało znajomość tematu przez złodzieja – złodziei. Sprawdzono odciski palców oraz alibi wszystkich pracowników i ich bliskich. Niestety nie znaleziono potencjalnie winnych i sprawę włamania umorzono. Minęło 10miesięcy i przyszedł 5 marzec 1957 roku. Wtedy właśnie jedna z pracownic muzeum, Maria Walesiak wraz z koleżanką z pracy Haliną Polimarek zaczęły otwierać sale muzealne przed przybyciem pierwszych zwiedzających. Były to sale 4, 5, 6 i 7. Po wejściu do pomieszczeń stwierdziły brak kilku wartościowych płócien. Zginęły obrazy takich mistrzów jak Matejko, Kossak czy Gierymski. W ich miejscu świeciły puste ściany lub same ramy po obrazach. Niektóre z ram leżały połamane na podłogach w poszczególnych salach. Natychmiast zawiadomiono o włamaniu i kradzieży wrocławską milicję. Złodziej byli dobrze przygotowani, wiedzieli co kradną. I tak ich łupem padły obrazy Matejki : „Sejm w Gąsowie”, „Głowa starca”, „Konrad Wallenrod”, „Wjazd Henryka Walezego”, „Portret Pleszowskiej” . Skradziono też „Polowanie w Poturzycy” Kossaka, „Autoportret” Henryka Rodakowskiego, „Hamleta” autorstwa Gierymskiego, „Miecznika i Wacława” Leona Kaplińskiego, „Karola V” Wilhelma Leopolskiego..oraz kilka innych wartościowych dzieł polskich malarzy. W sumie straty oceniono na ponad milion złotych co było ogromna kwotą jak na lata pięćdziesiąte, Pomimo próśb o zaostrzenie kontroli i bezpieczeństwa w muzeum po pierwszym włamaniu z 1956 roku niewiele w tej materii uczyniono. Nie było wtedy ani kamer ani alarmów tak jak dziś zaś na te najdroższe środki zabezpieczeń nie było po prostu muzeum stać. Całą dobę budynku pilnował strażnik na dole przy wejściu ale tak on jak i inni pracownicy obiektu nic nie widzieli i nie słyszeli w trakcie włamania. W muzeum na jego poddaszu były także mieszkania, ale podobnie jak pracownicy tak i mieszkańcy niczego nie spostrzegli. We Wrocławiu powołano specjalną grupę milicyjną pod kierownictwem Jana Michalskiego i Franciszka Kozioła. Grupa została wyodrębniona do zbadania do Kładnie sprawy i znalezienia sprawców a nade wszystko odzyskania dzieł sztuki skradzionych z muzeum. Po dokładnych ekspertyzach wykluczono zakładane pierwotnie wejście złodziei po elewacji, rusztowaniu i piorunochronie. Ślady tam znalezione miały jedynie wprowadzić w błąd prowadzących śledztwo. Przyjęto , że tak jak prawie rok wcześniej w sprawie maczał palce któryś z pracowników placówki. Śledztwo prowadzono w tajemnicy nie udostępniając wyników opinii publicznej. W trakcie badań stwierdzono, że w zamkach drzwi muzealnych „majstrowano”. Ustalono dokładnie termin włamania na 4 marca kiedy to jeden z przechodniów znalazł w studzience kanalizacyjnej nieopodal muzeum połamane ramy obrazów. Pierwszy pomocny sygnał przyszedł ze Szczecina 7 marca 1957 (tam także dokonano do muzeum podobnego włamania w styczniu 1956 r). Otóż na wycieraczce mieszkania przy ówczesnej ulicy Buczka 26 znaleziono pakunek zawierający kilka obrazów ze szczecińskiej placówki. Skruszony złodziej podrzucił je mając świadomość ich znaczenia dla polskiej kultury i bojąc się konsekwencji swojego czynu i połączenia odpowiedzialności za włamanie we Wrocławiu i Szczecinie. List podpisał „Lat 19”. To był pierwszy wyraźny trop dla milicji. Wrocławscy funkcjonariusze żywili nadzieję, że w podobny sposób wróci do muzeum także wrocławska kolekcja. Tak jednak się nie stało. Grupa dochodzeniowa Służby Kryminalnej MO zintensyfikowała działania sprawdzając każde anonimy i zakładając podsłuchy osobom potencjalnie podejrzanym lub zainteresowanym włamaniem. Dotyczyło to także ludzi z kręgów wrocławskiej kultury, sztuki i edukacji. Wszystko to nie przyniosło żadnych wymiernych rezultatów aż do dnia 7 kwietnia 1957 roku. Właśnie tego dnia o 10,45 do dyrektora wrocławskiego muzeum Józefa Banasia anonimowo zadzwonił mężczyzna z informacją, że obrazy są całe i chce je oddać. Nie był to skruszony włamywacz ale szantażysta bowiem za ich zwrot zażądał kwoty 50 tysięcy ówczesnych złotych. Oczywiście podał miejsce spotkania i przekazania pieniędzy bez obecności milicji, a wybór padł na plac Staszica 12/12. Dyrektor muzeum natychmiast poinformował prowadzących sprawę o telefonie i ustaleniach jakie zapadły. Okazało się jednak, że wszystkie ustalenia były ze strony szantażysty niedotrzymane. Pod wskazanym adresem mieszkał wrocławski kolejarz Jan Potrz z rodziną nie mający bezpośredniego związku ze sprawą. Policja i muzeum zostali wyprowadzeni „w pole”. 9 kwietnia telefon zadzwonił ponownie. Szantażysta stwierdził, że nie dotrzymano umowy bowiem na Staszica mimo jego zakazów przyszła milicja i budynek był obserwowany przez funkcjonariuszy. Kolejny raz złodziej przypomnieli się w dniu 12 kwietnia 1957 roku listem do Rady Państwa. Tam oczywiście anonimowo oferowali zwrot skradzionych dzieł sztuki w zamian za okup w wysokości 2 milionów złotych. List przyszedł z Poznania i był podpisany „K-44”. Propozycję złodziei przyjęto i rozpoczęło się przygotowanie akcji zatrzymania i przejęcia skradzionych rzeczy. W kolejnym liście złodzieje podali sposób i miejsce przekazania pieniędzy (w muzeum) oraz załączyli kwit bagażowy nr 78935 z przechowalni bagażu poznańskiego dworca PKP. W skrytce znaleziono nieuszkodzony portret Jana Matejki autorstwa Stanisława Dębickiego. Niestety tak listy jak i walizka w której podrzucono obraz nie posunęły sprawy za daleko. Kolejne listy datowane były 10 i 15 maja. W nich raz jeszcze pojawiła się oferta wymiany za 2 miliony oraz wskazano dyrekcję muzeum wrocławskiego jako stronę dalszych negocjacji. Pierwszy prawdziwy i poważny sygnał nadszedł od odsiadującego wyrok za kradzież Marcina Pacura Ów drobny złodziejaszek w zamian za złagodzenie wyroku przekazał dossier osób które dokonały kradzieży w styczniu 57 roku w Szczecinie. W trakcie opisywania i wyjaśniania tamtego włamania pojawiła się postać wrocławskiego artysty – malarza który podsunął złodziejom pomysł kradzieży. Był to mieszkaniec Wrocławia. Osobami jakie weszły do szczecińskiego muzeum i dokonały włamania byli : Stanisław Cegielski oraz Józef Geringer. Niestety mimo usilnych starań w żaden sposób nie można było powiązać tych obu „panów” z wrocławskimi kradzieżami. Ślad się urwał i sprawę umorzono. W umorzeniu przeleżała dwa lata aż do 14 stycznia 1959 roku. Z powodu kolejnej domowej awantury na jednym z wrocławskich komisariatów pojawiła się zdenerwowana mieszkanka miasta - Alina Małecka. Rozżalona na męża i teścia, współautorów domowej awantury oświadczyła że to właśnie jej teść – Stanisław Małecki dokonał pierwszego włamania do wrocławskiego muzeum i skradł srebra w 1956 roku. W kradzieży pomagał mu jego syn a jej mąż. Małecki pracował w muzeum jako intendent i umiał poruszać się po obiekcie. W muzeum oficjalnie wykonywał także drobne prace ślusarskie dzięki czemu dorobił też nielegalnie cały komplet kluczy. Kradzieży dokonał sam zaś jego syn stał jedynie na czatach. Skradzione srebra w domu potłukli młotkiem by nie można było ich zidentyfikować i jako złom sprzedali w sklepie „Jubiler” i „Veritas” we Wrocławiu przy Jedności Narodowej.. Część posrebrzanych elementów zakopali w ogródku, puderniczkę i flakonik podarował swojej synowej, która po trzech latach na niego doniosła milicji. Milicja odzyskała małą część skradzionych zbiorów, tych od Małeckiej i zakopanych w ogródku. Sam Małecki został skazany w 1960 roku na 8 lat więzienia a jego syna na 4. Obu Małeckim nie udowodniono jednak związku z kradzieżą obrazów w 1957 roku. Zaczęto szukać dalej. W 1959 roku od jednego z tajnych współpracowników MO przyszła informacja o Januszu Kamińskim ps „Canonik”, że po wyjściu z więzienia szuka kupca na jakieś obrazy. Milicja podjęła trop i w środowisko Kamińskiego wprowadziła swojego wywiadowcę, który powoli zaczął zdobywać zaufanie „Canonika”. Z czasem Kamiński zdradził się, że szuka sposobu przerzutu obrazów za granicę Polski. Wiosną 1959 roku Kamiński poprosił „przyjaciela” o pomoc finansową celem ustatkowania się i znalezienia pracy. Trop Kamińskiego zarzucono gdy „Canonik” w związku z trudną sytuacją materialną próbował popełnić samobójstwo. To przekonało w jakimś stopniu śledczych, że nie posiada obrazów a jedynie buduje swoją legendę w środowisku przestępczym. Szybko jednak wrócono do sprawy Kamińskiego kiedy to po raz kolejny szczęście uśmiechnęło się do wrocławskiej milicji w osobie kolejnej osoby jaka odwiedziła tym razem Komitet Wojewódzki PZPR. Tym razem w sierpniu 1959 roku osoba ta była anonimową kobietą która w dość chaotycznej rozmowie wspomniała o Januszu Kamińskim , synu jej koleżanki i podejrzeniu że skradzione obrazy ukryte są w Sędzisławiu koło Kamiennej Góry. Milicja szybko ustaliła personalia anonimowej rozmówczyni (Janina Borowiak)i wzięła ją pod dokładną obserwację. Pętla zaczęła zaciskać się wokół „Canonika”. Podjęto decyzję o jego tymczasowym aresztowaniu pomimo braku jednoznacznych dowodów. Przesłuchania trwały długo. Wciąż pojawiały się nowe wersje i nazwiska, aż w końcu Kamiński się przyznał podając nazwiska wspólników. Sama kradzież wręcz banalna, złodzieje weszli po piorunochronie a skradzione obrazy wywieźli taksówką. Po za zatrzymaniem pozostałych podejrzanych priorytetem dla milicji stało się odzyskanie obrazów. Te okazało się zostały ukryte pod deskami na strychu znanego kościółka w Parku Szczytnickim. Obrazy były dobrze zapakowane i nieuszkodzone. Finał sądowy tej skomplikowanej sprawy znalazł swoje miejsce w sądzie we Wrocławiu a wyroki 3 do 5 lat dla poszczególnych uczestników kradzieży zapadły 31 marca 1967 roku.
Na podstawie: "Czarna Wołga - Kryminalna Historia PRL" Przemysław Semczuk ZNAK 2013