Na imię miał chyba Władek. Mieszkał na ulicy Rozbrat. Był od nas koleżanek i kolegów starszy o kilka lat i bardzo nam imponował bo sam chodził w gruzy. Łaził po ruinach i wciąż coś przynosił. Gruzów jak wiadomo nie brakowało. Mieszkał obok na ulicy Rozbrat i w przeciwieństwie do swoich rodziców nam chwalił się na podwórku co rusz znaleziskami. Jego największym skarbem był piękny skórzany album znaleziony w równie pięknej skórzanej teczce. Znalazł go w ruinach przy ulicy Chemicznej. Album był o tyle ciekawym znaleziskiem na tamte czasy, że po za zdjęciami umundurowanego ss-mana którego Władek nazywał sk..em było sporo zdjęć nagich kobiet – aktów. Jak na tamte czasy i nasz wiek to był przynajmniej dla Władka i kolegów prawdziwy skarb który skrzętnie ukrywał przed starszymi. Do innych skarbów znalezionych przez Władka należały piękne buty skórzane z cholewami oczywiście kilka numerów większe niż stopy znalazcy. O nich tez rodzicom nie powiedział. Dla nas Władek był bohaterem. Jego bohaterstwo tożsame z odwagą chodzenia w gruzy bardzo nam imponowało bo większość z nas miała zdecydowany zakaz chodzenia w gruzy. Zakaz jak najbardziej uzasadniony bo w owym okresie nie było miesiąca by mieszkańców Sępa i okolic nie budził krzyk zrozpaczonych rodziców po stracie lub kalectwie dziecka na minie pułapce lub niewypale. Sama pamiętam samotną matkę, która po śmierci męża /zginął na froncie/ przyjechała ze Wschodu do Wrocławia z dwoma synami. Ten młodszy odsunął cegłę szukając czegoś - nie było kogo ratować. Jego matka tak krzyczała z rozpaczy, że myśleliśmy wszyscy, że coś sobie zrobi a starszego syna przywiąże w domu do krzesła byleby nigdzie nie wychodził. Właśnie zasada cegły przyświecała Władkowi w penetracji rumowisk. Zasada prosta - nie wolno przesuwać i podnosić cegieł. Saperzy co rusz wzywani do niewypałów i min pokazywali nam słoiki z cukierkami, zabawki – miny pułapki. Nas z koleżanką namówił raz na wyprawę w ruiny. To były ruiny szkoły na rogu Sienkiewicza i Świętokrzyskiej. Pamiętam sporo różnych przyborów szkolnych, kolorowanek, książek ale bałam się je podnosić i wyciągać z rumowiska. Jedna rzecz, jakiej się nie oparłam to..skakanka. Dziś byłoby to dzieło sztuki. Skórzana piękna plecionka i rączki skakanki rzeźbione w postaci głowy chłopca z przedłużoną szyja. Cos pięknego – ręczna robota. Po jakims czasie drogi nasze z Władkiem się rozeszły i nie znałam jego dalszych losów – to na tye jeśli chodzi o 1946 rok.
bonczek/hydroforgroup/ na podstawie wspomnien Mamy Marii Bąk