| zapomniałem hasło | nowe konto | dodaj zdjęcie
Mapa
Nieistniejące
Komentarze Kresy Kresy + Polska Panoramy Pomoc

Za wpłaty ze zrzutka.pl oraz cegiełek kupione zostały:

  • Dyski twarde Seagate Exos X22 20TB x 2 = 2500 zł
  • Router TP Link Archer X55 AX3000 = 277 zł
  • Serwer plików NAS QNAP TS-673A-8G = 4677 zł

Przeznaczenie: kopie zapasowe strony (obecnie wykonywane są ręcznie na domowym komputerze)

zdjęcie 1 zdjęcie 2 zdjęcie 3

wczytywanie danych...

Wspomnienia Poli i Loli

proszę czekać...

Był słoneczny wiosenny dzień.

 

Był słoneczny wiosenny dzień, razem z Mamą i siostrą czekamy na wójtostwo, to ma być nasz ostatni dzień w naszej pod lwowskiej miejscowości. Po chwili niecierpliwego oczekiwania pod nasz dom zajeżdża furmanka zaprzężona w jednego konia z wujkiem na koźle, ładujemy zrobioną z naszej domowej szafy skrzynie z dobytkiem, nie jest tego wiele, bo można było zabrać teoretycznie do 2000 kilogramów. Zabieramy też domowe sprzęty, gramofon z wielką tubą, żelazka na dusze, wyposażenie maminej kuchni. Rolniczych narzędzi nie mamy, bo mimo mieszkania na wsi nie utrzymywaliśmy się z pracy na roli. Przed wojną tato był funkcjonariuszem państwowym, pracował we Lwowie i jako taki po wkroczeniu Ruskich, czyli wojsk radzieckich w 1939 musiał się ukrywać. Całe tygodnie, nawet w zimie przebywał to w lesie to w ziemiance, która razem z wujostwem wykopali w polu. Donoszono mu jedynie jedzenie. Tak było tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, ukrywał się ponad rok i przypłacił to zdrowiem. Tato umarł w 1942 już po wkroczeniu wojska niemieckiego.

Jak wspomina Pola, Niemcy dwa razy zajmowali Lwów, pierwszy raz w 1939 i po miesiącu lub mniej oddali go Ruskim, jaki to był widok ci ruscy żołnierze, brudni, śmierdzący, owijacze ciągnęły się za nimi na metry, karabiny na sznurkach. Agitowali za swoją władzą, mówili, że zaopatrzenie się poprawi, że będzie chleb, mąka, cukier. Nawet tłumaczyli, co to takiego ten cukier, że to takie białe i słodkie jak miód. Mieli nas za Idiotów. Drugi raz Niemcy wkroczyli w 1941, bijąc Ruskich, ci też agitowali namawiali do podpisania Volksdeutsche. Byli tacy we wsi co poszli na współpracę z Niemcami i byli też tacy co wcześniej dogadywali się z Ruskimi. Ale nie u nas w rodzinie, nasz brat został wydany przez sąsiada w niemieckie łapy i ich ukraińskich pomocników z policji. Podobno strzelał do Niemieckich żołnierzy i działał w samoobronie chłopskiej.

Na naszym cmentarzu był jego grób, choć nikt z nas nie pamięta pogrzebu. Na cmentarzu pochowani są też tato, babcia, bratowa, syn kolejnego brata, tego który został zabrany w 1940 roku do armii czerwonej i w tej armii przepadł, podobno zastrzelony przez wartownika w czasie ucieczki. Na tamtym cmentarzu spoczywa też dalsza rodzina.

Wracamy jednak do tego wiosennego dnia, załadowani na furmankę jedziemy z wujem na stacje kolejowa Mama przed odjazdem całuje framugę naszego domu i płacze przed domem już czeka ukraińska rodzina, która ma w naszym domu mieszkać, oni są z Rzęsnej ruskiej, czy jak mówią we wsi nawet spod Rzeszowa. Wujku na odjezdnym krzyczy do Ukraińców, że tu jeszcze na białym koniu wróci.

Czy to znaczy że nas wywiozą do Rzeszowa, nikt nie wie, podobno jedziemy na zachód. Na stacji już czekają ciotka drugi wujku ze swoją całą rodziną i inni mieszkańcy, Zaczynają też przyjeżdżać mieszkańcy Brzychowic i Hołoska. Czekamy, mija dzień, a my cały czas na stacji, w naszym domu już Ukraińcy. Nareszcie załadunek do wagonów, bydlęcych. Jedziemy w wagonie razem z Ciotka i Wujkiem, oni mają więcej dobytku, bo zajmowali się uprawa ziemi i hodowla, razem jadą krowy, Giena i Mańka, koń i pies Jurek, wóz rozebrany na części też jest w wagonie, do tego wiele garnków i skrzynie z dobytkiem. Inni podobnie.

No i jedziemy dzień, dwa dni, czy to już ten Rzeszów, w konwoju mówią, że jedziemy dalej, do Niemiec. Dzień jedziemy drugi dzień stoimy, głodni, bo jedzenie się kończy, zwierzęta ryczą, wyprowadzić, żeby się popasły zabronione. Na postojach wujku z kosą wyprawia się po trawę i tak ze dwa tygodnie mijają.

Wreszcie przywieźli nas do Steinau, czyli Ścinawy. Czekamy w wagonach Wujowie wyprawiają się na zwiad po kilku godzinach wracają z wiadomością, że w okolicach Breslau, czyli Wrocławia są jeszcze wolne gospodarstwa, wolne, bo przecież mamy rok 1946. Decyzja zapadła, jedziemy do Wrocławia. I znowu czekanie, bo nie ma lokomotywy. Tak mija kilka dni, ale już jest lepiej, bo można krowy wyprowadzić, udaje się mleka udoić i wymienić coś z dobytku na chleb, między innymi moja komunijną sukienkę. Oczywiście ze strony władz nie ma zbytniej pomocy.

Tak po ponad miesiącu od wyjazdu z domu pod Lwowem pociąg staje na stacji Psie Pole, niemieckie Hundsfeld. I znowu wujowie ruszają na zwiady.Po kilkunastu godzinach wracają z wiadomością, że jest dom w Sakrau, czyli Zakrzowie 2 kilometry od stacji Psie Pole. Ładujemy wszystko na wojskową ciężarówkę, inni z transportu też ładują swój dobytek. Pod wieczór jedziemy kilka ciężarówek polskiego wojska. Jest nas kilkadziesiąt osób, rodzina i sąsiedzi.

Dom nowy stoi obok torów kolejowych. Jest piętrowy obok stoi drugi dom już w większości zajęty, dalej kolejne domy, niektóre mocno zniszczone. Razem z Mamą siostrą i bratankiem Adasiem mieszkamy na pierwszym piętrze. Na parterze wujku Józek z rodziną obok ciotka Ewa z mężem. Na drugim piętrze mieszkają Niemcy.

Ciotka Ewa i wujku Dymitr po tygodniach znajduje dom dla siebie i się przenoszą. Musimy zarejestrować się w PUR, Ciotka dostaje przydział na dom i dostaje hektar ziemi. W domu na wschodzie miała więcej, ale ta podobno jest według PURowskiego urzędnika lepsza. My z Mamą zostajemy w mieszkaniu, które zajęliśmy.

Wujek Józek razem ze swoimi decyduje się na wyjazd do Kłodzka. Dalsza rodzina zajmuje domy, które jeszcze w Sacrau zostały. Okazuje się, że w Zakrzowie obok nas ze Lwowa mieszka spora grupa Polaków z okolic Wielunia. A w sąsiednich Pawłowicach przesiedleńcy z Bukowiny i Rumunii. Te sąsiadujące społeczności nie pałają do siebie przyjaźnią, narastają konflikty. Jesteśmy obcy wśród obcych na obcej ziemi. W dodatku Mama ciągle wspomina, że to jedynie tymczasowe i że wrócimy do domu.

Mijają tygodnie, trzeba jakoś żyć, Mama zaczyna zajmować się handlem. Ma wprawę, bo po śmierci taty też musiała handlować, żeby jakoś we Lwowie przeżyć. Pola też handluje, Staszek, brat który do nas dołączył podobnie, choć na większą skalę, Naraża się tym władzom i jest poszukiwany, MO zatrzymuje nawet naszą Mamę, licząc, że Staszek sam się do nich zgłosi.

Ja podejmuję pracę we WSK, choć chciałoby się uczyć. W domu pod Lwowem skończyłam 3 klasy, nawet wygrałam konkurs matematyczny, we wrześniu 1939 miałam iść do 4 klasy. W czasach radzieckich wszystkie polskie dzieci zostały cofnięte o 3 roczniki, więc znowu była 1 i 2 klasa, tyle że z programem radzieckim i z językiem ukraińskim. W WSK na Psim Polu pracujemy ciężko nawet po 12 godzin dziennie. Sprzątanie, naprawy, produkcji na razie nie ma. Mnie dostała się praca w kuchni, a później w pralni.

Często, wracając po pracy do domu napotkałam radzieckich żołnierzy, pijani zaczepiali, prowokowali, kradli. Raz uciekałam przed nimi na posterunek MO, innym razem dobijali się do mojego mieszkania i musiałam uciekać przez okno słyszałam jedynie udrała, uciekałam na stację kolejowa do budki dróżnika jednak ten mnie nie wpuścił, więc uciekałam dalej w kierunku Psiego Pola do Ciotki Ewy, u niej zostałam do rana. Żołnierze radzieccy to był prawdziwy koszmar lat czterdziestych, a MO się ich po prostu bała.

Praca w kuchni była lepsza, bo przynajmniej można się było najeść. Pracownicy dostawali darmowa zupę, czasami jeszcze coś na dodatek, kawałek kiełbasy lub kaszę ze skwarkami albo gulasz. Kierownictwo oczywiście miało osobny stół w jadalni, no i porcje tam podawane były inne, niż u pozostałych. W pralni, gdzie prało się wszystkie robocze ubrania było ciężej. Powszechne były też dary z UNRA, często ratowały przed głodem.

W 1948 już była produkcja we WSK, a ja pracowałam w magazynie. Pod koniec roku przeniosłam się do Papierni na Zakrzowie, pracowałam przy składaniu kartonowych pudełek, nie trwało to długo, bo decyzja władz papiernia miał się przenieść do Chojnowa, a w jej miejsce jakiś czas później powołani Zakłady Metalowe. Płaca w papierni była o wiele niższa, ale za to mieszkanie było blisko zakładu kilkadziesiąt metrów, a nie jak do WSK ponad 2 kilometry w prostej linii przez tory, jeśli udało się je przekroczyć przed SOKowcami.

Pola dorabiała u zakrzowskich ogrodników z Zatorskiej wtedy Bieruta i Stoczniowskiej. W czasie pracy często wykopywało się z ziemi to niemiecki hełm to część karabinu, jakiś odłamek lub skrzynie z pamiątkami i dobytkiem niemieckich mieszkańców. Pamiętam jak Pola wykopała taką pełną porcelany. Wszystko oczywiście zostało w domu ogrodnika. Praca tam nie była lekka, ale zarobki przyzwoite. Z handlu utrzymać się było coraz ciężej.

Nasza Mama ze względu na swój podeszły wiek dostała rentę. Przed wojną jako wdowa po państwowym funkcjonariuszu żyłaby w miarę dostatnio, ale nie w nowej Polsce. Wszystko, co przedwojenne władza uważała za złe.

W 1949 na Psim Polu odbywała się wielka uroczystość. Dożynki. Przyjechali Bierut i Żymierski było wielkie święto, ale jedynie co z tego wszystkiego pamiętam to całymi tygodniami toczące się przygotowania i próby potem w dniu uroczystości wielogodzinne oczekiwanie na swoją kolej przemarszu przed trybunę i chleb posmarowany margaryna z UNRA, który dostaliśmy na koniec.

Prawdziwe święta, Wielkanoc czy Boże Narodzenie staraliśmy się obchodzić, tak jak w domu pod Lwowem, oczywiście w pierwszych powojennych latach wigilijny stół nie wyglądał, tak jak tamten przedwojenny, ale dzięki staraniom naszej Mamy były na nim pierogi, ulubiona przez Pole kutia, zupa grzybowa, baby drożdżowe, no i oczywiście opłatek, Choinki nie było, tylko świerkowe gałązki, W domu pod Lwowem choinka była przywiązana do sufitu, a baby drożdżowe były z rodzynkami, przed wojną na wigilijnym stole były też ryby, śledzie czy ryba po żydowsku, ulubiona przez kolejną naszą siostrę Mnie i brata Władka. Taka była tam tradycja.

W latach pięćdziesiątych już można było żyć w miarę normalnie, po pracy chodziło się na zabawy, choć wcześniej też takie się zdarzały. Chodziło się też nad staw do Pawłowic, czy basen obok boiska w Zakrzowie albo pływało się łódką po rzece. Mama hodowała kury, a i świnka też się zdarzała. Uprawialiśmy kawałek ziemi tuż obok pola ciotki Ewy oczywiście pomagało się też ciotce przy żniwach czy wykopkach albo przy pieleniu. Nie było czasu na nudę. Musiał się jeszcze znaleźć czas na naukę w szkole dla pracujących.

W 1951 roku zostałam mężatką, ślub był w urzędzie gminy naprzeciw zakrzowskiego krzyża i w kościele na Psim Polu, bo to była nasza parafia. W prezencie weselnym dostałam garnek smalcu, dalsze losy to już zupełnie inna historia.

 

 

Źródła:

 

Wspomnienia Mieszkanek

Opracowanie :

Kate16

Skomentuj artykuł
Kontakt do administratorów strony Fotopolska.Eu: | Regulamin serwisu: https://fotopolska.eu/2,artykul.html
© Copyright 2012 Neo & Siloy
Kolokacja serwerów Amsnet
Ostatnio przeglądane: politechnika śląska politechnika śląska gliwice gliwice gliwice gliwice łódź łódź bibliot bibliot PRZEMYŚIL wiechert wiechert PIZEMYSL PIZEMYSL Bochnia rawa mazowiecka synagoga GŁOWACZOW Karpacz Turek Turek port gdynia Chmielna 21 Pustkow gryfice gryfice szpitalna, warszawa chrobrego kościuszki 46 żywiec kolejka kontener sluzewska kalisz ogrody kalisz ogrodowa lodz