Działo się to zimą 1807 roku, gdy Świerki i okolice znajdowały się we władaniu Królestwa Prus, zaatakowanego przez Francję i jej sojuszników pod dowództwem Napoleona Bonaparte. Na Śląsk wkroczyły - wypełniające rozkazy Francji - wojska Bawarskie i Wirtemberskie, mające jedynie francuskich dowódców. Wtedy to Świerki i Granicznik stały się areną potyczki między walczącymi stronami.
Nim przejdę do opisu zdarzeń trzeba dodać, że okoliczna granica państwowa przebiegała w tym samym miejscu, po drugiej jej stronie były jednak ziemie należące do Austrii. Także same tereny Świerk i okolicy wyglądały inaczej niż obecnie - zdecydowanie mniej było lasów, a więcej pól. Zimowe warunki - głęboki do kolan śnieg oraz mróz - utrudniały planowanie działań dowódzcom, doskwierały także prostym żołnierzom.
W dniu 15 lutego. wojska pruskie przemieszczały się z Głuszycy do Krajanowa. Był to liczny oddział, składający się z piechoty, kawalerii i artylerii, razem ponad tysiąc dusz. Jego dowódca liczył, że zdoła dotrzeć ze swoimi ludźmi do Kłodzka, nie wiedział jednak, że dzień wcześniej do Nowej Rudy weszła nawet silniejsza od jego oddziału grupa wojsk Bawarskich pod dowództwem fransuckiego pułkownika, która wypuściła na nocleg swoje oddziały zwiadowcze do Krajanowa i Świerk.
Rys. Pruska piechota liniowa oraz kawaleria w 1807 roku
Krótko przed świtem, nocująca w Świerkach jazda bawarska spostrzegła zbliżającą się pruską kolumnę gdy ta znajdowała się jeszcze przed Bartnicą. Jej dowódca postanowił wyjść na spotkanie, obstawiając obie strony doliny swoimi ludźmi. Zauważywszy bawarczyków pruski dowódca skierował przeciwnko nim oddział piechoty wsparty kawalerią, pozostałym wojskom nakazując udanie się przez Wrześnik na Granicznik. Pruskie wojsko wypchnęło mniej liczną kawalerię bawarską ze Świerk w stronę Ludwikowic, udostępniając drogę na Dworki i Krajanów. Wysłano w tamtą stronę kilkunastu zwiadowców, w celu wybadania możliwości przejścia do Krajanowa i dalej, do Kłodzka.Zaalarmowane strzałami pozostałe wojska Bawarskie - z Krajanowa i Nowej Rudy - zaczęły już jednak marsz w stronę miejsca walki.
Wysłani w kierunku Krajanowa zwiadowcy tuż przed pierwszymi zabudowaniami Dworek napodkali - spieszącą właśnie z Krajanowa - dużo liczniejszą bawarską piechotę. Po krótkiej wymianie ognia prusacy wycofali się do Świerk, tracąc kilku zabitych i rannych. Bawarska piechota zdobyła Świerki, a prusacy wycofali się na linię lasu, na zachód od rozgałęzienia dróg na Dworki, osłaniając drogę w kierunku Granicznika. Na tym stanowisku udało im się zatrzymać napór bawarczyków na Granicznik. W tym czasie pruski dowódca, nie chcąc czekać na dalszy napływ sił bawarskich, postanowił przebijać się przez głęboki śnieg i górskimi, bocznymi drogami udać się przez Dworki do Krajanowa i dalej na południe. Niedługo potem do Świerk przybyła reszta oddziałów Bawarskich z Nowej Rudy - niemal dwa tysiące piechoty i kawalerii. Tymczasem przemieszczanie się wojsk pruskich z Granicznika do Dworek dopiero się rozpoczęło.
Kiedy wojska bawarskie rozwinęły szyk w linię, z łopocącymi sztandarami zaatakowały obrońców lasu pod Granicznikiem. Widzac taki obrót sytuacji, i paniczny odwrót swoich towarzyszy broni, prusacy odprzotkowali działa - znajdujące się już na Graniczniku - i kartaczami razili bawarską piechotę w dolinie. Wtedy to, być może przestraszony strzałami armatnimi, koń pruskiego dowódcy spłoszył się i zrzucił swojego jeźdzca z siodła. Niefortunnie noga dowódcy utknęła w strzemieniu i przestraszony koń ciągnął go przez kilkanaście metrów w głębokim śniegu, nim udało się go zatrzymać. W tym czasie bawarczycy zdążyli już wejść pod osłonę omawianego wcześniej lasu. Ciągnął się on aż do śródleśnej polany - rozległego wypłaszenia terenu tuż przed Granicznikiem. Tam, gdy bawarczycy próbowali wyjść na polanę spadła na nich w szarży pruska jazda - huzarzy.
Rys. Bawarska piechota liniowa oraz kawaleria w 1807 roku
Poturbowani bawarczycy wycofali się w panice pod osłonę lasu. Prusakom umocnionym w lesie po drugiej stronie owej polany, oraz wspartym ogniem artylerii ponownie udało się zatrzymać nacierających bawarczyków. Wtedy z pomocom prusakom przyszła natura - walczące oddziały rozdzieliła tak gęsta mgła, że, jak wspominano, "nie widać było wyciągniętej przed siebie ręki". To zatrzymało postęp walki aż na kilka godzin, które dały wojskom pruskim czas na dalszą ewakuację. Bawarczycy natomiast wykorzystali ten czas na przeformowanie swoich odziałów.
Gdy po kilku godzinach mgła zaczęła ustępować, przegrupowani bawarczycy ruszyli do ataku. W tym czasie ze strony pruskiej pozostały na Graniczniku jedynie oddziały osłaniające odwrót reszty kolumny - kilkuset ludzi piechoty, wspomniani pruscy huzarzy oraz dwie armaty z obsługą. Prusacy szybko zorientowali się, że bawarczycy odcięli im drogę do Dworek, przypierając ich do granicy z Austrią. Zaalarmowani strzałami przybyli także Austryjaccy kawalerzyści, jednak nie mieszali się w walkę. Widząc swoje fatalne położenie część żołnierzy pruskich uciekła na austyjacką stronę, reszta podjęła walkę. Pozostali także artylerzyści ze swoją armatami i zaprzęgami. Właśnie tam, na granicy, przy zapadającej już ciemności, rozegrało się ostanie starcie rozwiniętych w linię oddziałów - bawarczyków nie zatrzymał jednak nawet prowadzony z bezpośredniej bliskości ogień armatni - i kiedy odległość między walczącymi spadła, żołnierze ruszyli do walki na bagnety. Krzyki walczących mieszały się z rzężeniem rannych koni i szczękiem broni. Artylerzyści zaciekle bronili swoich dział w walce wręcz, jednak na nic się to zdało - bawarczycy zdobyli je, oraz zaprzęgi i wóz amunicyjny. Walka, trwająca od samego rana, została zakończona.
Ścigając uciekających do Sonova i Broumova prusakaków na terytorium Austrii weszli i bawarczycy. Ich dowódca spotkał się w Broumovie w austryjackim dowódcą oddziału granicznego. Austryjak protestował przeciwko naruszeniu granicy i żądał wydania zagarniętych na terytorium Austrii łupów. Francuski dowódca nic sobie jednak z tego nie robił, wracając na Granicznik z końmi i przejętymi dobrami. Tymczasem, przy świetlne pochodni, na pobojowisku trwało już jego przeszukiwanie. Zwyciężcy zbierali rannych, ograbiali pokonanych, konających często jeszcze ludzi, z ich dóbr i ubrań. Lżej ranni prusacy szukali schronienia przed mrozem w okolicznych domostwach. Rozpoczął się powrotny marsz oddziałów do Nowej Rudy. Miejscowym pozostał smutny obowiązek pochowania poległych. W potyczne Prusacy stracili ok. 400 jeńców, ok. 100 zabitych i rannych, dwa działa i wóz amunicyjny oraz wiele innego wyposażenia. Bawarczycy przyznali się do straty kilkunastu zabitych i kilkudziesięciu rannych.
Potyczka ta odbiła się szerokim echem w ówczesnym świecie. Pisały o niej gazety bawarskie oraz biuletyny armijne jako o świetnym zwycięstwie, wymieniając nazwiska najbardziej zasłużonych żołnierzy. Posypały się odznaczenia, nagrody i awanse. Wiadomość o pokonaniu "pod Mieroszowem" pruskich żołnierzy dotarła także do Napoleona w prywatnym liście jego brata Hieronima - dowódcy wojsk na Śląsku. Zdobyte działa stały się własnością oddziału, który je zdobył. Były potem pokazane na paradzie we Wrocławiu w kilka dni później, a następnie wyruszyły wraz z oddziałem na wschód, na wyprawę moskiewską. Świętujący zwycięstwo bawarczycy nie wspominali jedynie, że mimo iż Prusacy przegrali starcie, to udało im się ocalić większość prowadzonych oddziałów, które wymknęły się na południe.
Mieszkańcy Granicznika nie zapomnieli o walkach i ofiarze krwi tak wielu młodych ludzi. Niedługo po potyczce, w miejscu walki na bagnety, postawiono kamienną tablicę, z czasem dodając jej postument i przenosząc nieco w terenie. Trwa on po dziś dzień, stanowiąc jednocześnie nagrobek dla czterech poległych, spoczywających w rejonie przełęczy.