W listopadzie 1957 roku budynek szkolny mieścił na swoim terenie tak podstawówkę jak i liceum. W placówce kształciło się około 60 uczniów. Dzień 4 XI 1957 roku zapisał się czarnymi zgłoskami w historii szkoły. Wtedy na terenie budynku pojawił się pijany, bosy mężczyzna w piżamie z siekierą w ręku i zaatakował. Pierwszą ofiarą był 14 letni Roman wracający z ubikacji. Otrzymał przy szkolnej gablocie dwa ciosy siekierą w głowę i upadł na ziemię. Przeżył i udało mu się opuścić budynek. Następni byli trzej uczniowie : Mirek, Heniek i Zbyszek. Ten ostatni spóźniony do klasy dostał jeden cios w głowę i krwawiąc upadł na podłogę. Wśród dzieci na korytarzu wybuchła panika. Nie wszyscy jednak na czas dowiedzieli się o zagrożeniu. Kolejną ofiarą była Danusia z 7a czekająca w klasie na rozpoczęcie lekcji geografii. Została uderzona jak poprzednie ofiary siekierą w głowę a zaraz po niej jej koleżanka ścierająca tablicę w klasie. W szkole wybuchła panika. Dzieci w pospiechu kierowały się do wyjść ze szkoły nie wiedząc dokładnie gdzie jest napastnik., nie wszystkie zdążyły. Na jego trasie pojawiła się klasa V b. Tam zostały zaatakowane dwie dziewczynki i uczeń. Dzieci w popłochu uciekały z klas drzwiami i oknami a te, które już wiedziały co się dzieje a nie mogły uciec barykadowały się w klasach, szczególnie na 2 piętrze. W pokoju nauczycielskim pierwsza z wiadomością pojawiła się sekretarka prosząc o pomoc. Nie sprecyzowała zagrożenia ale 4 osoby z kadry ruszyły na pomoc w tym ksiądz Józef Stanek. Na napastnika natknęli się dość szybko i pierwszy cios otrzymał nauczyciel zaś ksiądz był druga ofiarą jaką została uderzona siekierą. W trakcie szarpaniny ksiądz wytrącił napastnikowi siekierę zaś ten skierował się do wyjścia z budynku. Niestety na jego drodze stanęła nieświadoma nauczycielka rosyjskiego wychodząca z kancelarii szkolnej. Została zaatakowana rękoma przez napastnika. Okładając ja po twarzy zakrwawionymi rękoma i kopiąc gdy była już na podłodze został zaatakowany przez szkolnego woźnego, który ruszył na pomoc widząc co się dzieje. Jemu też się nie udało. Napastnik w amoku wyrwał woźnemu pęk kluczy i nim zaczął bić mężczyznę. Pozostali nauczyciele byli zabarykadowani w salach, niektórzy przez okno prosili dzieci, które uciekły ze szkoły by wezwały pomoc a część wróciła i zamknęła się w pokoju nauczycielskim. Atak na woźnego okazał się ostatnim na terenie szkoły. Wyszedł w piżamie i bosy. Dopiero na ulicy pod szkołą został obezwładniony przez kilku mężczyzn co nie było dla nich łatwe pomimo przewagi ilościowej. Od nich przejęli go milicjanci. Na terenie szkoły rozpoczęła się akcja ratunkowa. Uspokajano przerażone dzieci, opatrywano, wzywano rodziców. Zmarł niestety Roman – pierwszy zaatakowany. Zmarł w szpitalu w Łasku po długiej walce o jego życie. Okoliczne szpitale przyjęły jeszcze 10 osób w tym 5 ciężko ranne. Niestety nie wszystkie po wyjściu ze szpitala odzyskały pełna sprawność i zdrowie. Napastnik nie pozostał ani przez chwile anonimowy. Był znany przez wielu mieszkańców Zelowa. Był…dyrektorem szkoły i nazywał się Tadeusz Byjoch. Finalnie okazało się, że był człowiekiem „z przeszłością” niezrównoważony psychicznie i do tego alkoholikiem.Wcześniej już zdradzał objawy uniemożliwiające mu prace z młodzieżą jednak zlekceważono je. Finalnie uznany za niezrównoważonego trafił do psychiatryka, zaś jedyna oficjalna konsekwencja tego dramatu było zwolnienie dyscyplinarne kuratora, który wiedział o problemach psychicznych swojego podwładnego.
b/h/2023 na podstawie podcastu "Polowanie na uczniów (Zelów 1957)" oraz artykułu na ePiotrków z 12 XI 2012 r "Dyrektor szkoły szalał z siekierą, ksiądz ratował dzieci".