Fragment wspomnień, które sięgają rok do dwóch lat przed I wojną światową.
Urodziłem się na Zartziger Strasse [ul. Bydgoska] w 1907 roku, tam spędziłem dzieciństwo i młodość, o czym teraz opowiem. Ale będzie też co opowiadać o bliższej i dalszej okolicy. Chcę zacząć od opisu poszczególnych domów i ich mieszkańców, o ile mieszczą się w obrębie naszego terenu zabaw. Najpierw, patrząc [od strony centrum miasta] na lewą stronę ulicy w kierunku boiska[chodzi o sportplatz/plac sportowy przy ul. Bydgoskiej nr 6], na początku przed mostem na Ravensburgu znajdował się dom nr 1. Pod numerem 1a mieszkali pastorowie Kiesow i Sendtke. Wejście dom miał od strony Ravensburgstrasse [ul. Robotnicza], o której będzie jeszcze mowa, ale nas najbardziej interesowała rozległa działka ogrodowa. Było tam wiele drzew owocowych i gałęzie niektórych z nich zwisały ponad płotem od strony ulicy. Owoce spadające za płot były dla nas mile widzianą zdobyczą, zwłaszcza że nikt się tym nie przejmował. Ale ponieważ to nam nie wystarczało, przechodziliśmy przez płot i wchodziliśmy na drzewa. Z dzisiejszego punktu widzenia byłoby to z pewnością źle widziane i naganne, ale co tam, na żal nigdy nie jest za późno. Kiedyś we dwóch wspięliśmy się na jedno z drzew owocowych w ogrodzie, żeby się pożywići, i wtedy spostrzegliśmy, że synowie pastora Kiesowa wyglądają przez okno wychodzące na ogród. Aby nas nie odkryto musieliśmy przestraszeni pozostać przez kilka minut na drzewie.Pod numerem 3znajdowała się piekarnia Rodenwalda. Następny był budynek mieszkalny pod numerem 5, w którym mieścił się sklep mięsny Friedricha Höfta. W domu przy Zartziger Strasse nr 7 był sklep spożywczy Johannesa Zillmera (później Johannesa Rohde) z artykułami kolonialnymi, który połączony był z restauracją. W sklepie tym, jak we wszystkich tego rodzaju sklepach, pachniało solonym śledziem, naftą i szarym miękkim mydłem, a w tym przypadku także piwem. Rodzina Nitzów mieszkała pod numerem 9 w prawdopodobnie jednym z najstarszych domów, w którym znajdowała się również maglarnia. (...) My chłopcy nie lubiliśmy przy tym pomagać, bo poza tym, że kręcenie dużym kołem z korbą było dość monotonne i męczące, to trzeba było też uważać, żeby skrzynia magla [w odpowiednim momencie] zatrzymała się po prawej stronie, gdy trzeba było wymienić wałek [z maglowaną bielizną]. Dom nr 11 był budynkiem też dość starym, tak jak i domy nr 13 (pani Wieck) i nr 15 (Erdmann). A w domu nr 17 mieszkali moi rodzice. Po I wojnie światowej po sąsiedzku mieszkał były oficer (Emil-August Schmidt). Miał samochód i szofera; to była dla nas sensacja. Nasz najbliższy teren zabaw kończył się koło domu pod numerem 19. Mieszkali tu listonosz Petermann i jego rodzina, a także dr Bornefeld i mistrz malarski Baumann ze swoimi rodzinami.
Opis prawej strony ulicy, patrząc w kierunku wylotu z miasta, zaczyna się od starego kortu tenisowego. Tam Brenkenhofskanal* łączył się z właściwym kanałem Ravensburg. Międzykortem tenisowyma posesją ślusarza Bernharda Nicola (dom nr 4) prowadził od strony Elsnerstraße [ul. Andersa] rów melioracyjny. Ten rów w związku z budową przez mistrza ślusarskiego Nicola,Zartziger Straße 4, nowego budynku mieszkalnego został [na tym odcinku] zamieniony w podziemny kanał z rur cementowych. Odcinki rur, które leżały przed starymkortem tenisowymna Elsnerstrasse zanim rozpoczęto budowę kanału, były dla nas w sam raz do zabawy. Do tego miejsca zabaw włączyliśmy również sam kort tenisowy, który w czasie I wojny światowej był już w dużym stopniu zaniedbany i zarośnięty. Żeby tam się dostać musieliśmy przejść przez płot, który miał około 3 m wysokości.Nowa kamienicaNicola jak na ówczesne standardy (o ile pamiętam, została ukończona w latach po pierwszej wojnie światowej) była posiadającym wiele wygód budynkiem mieszkalnym z chyba 12 mieszkaniami na wynajem. Posadzkę klatki schodowej wykonano z lastryko, a wszystkie mieszkania miały już centralne ogrzewanie. Ściany zewnętrzne nowego budynku pokryte były farbą w rzadko spotykanym różowym kolorze. Wśród naszych przyjaciół z dzieciństwa byli synowie Gerhard i Werner Nicol. Działka nr 6 należąca również do mistrza ślusarskiego Nicola była niezabudowana. Pod nr 8 znajdował się lokal firmowy mistrza stolarskiego Prielippa, który jako radny był członkiem rady miejskiej Stargardu.Pod nr 10było jego mieszkanie. Mieszkał tam także księgarz Plath (sama księgarnia znajdowała się przy Rynku 4). Jego syn Hans-Ulrich posiadał (wtedy coś niespotykanego) mały silnik parowy napędzany [parą z kociołka opalanego] spirytusowym płomieniem, co robiło na nas ogromne wrażenie.
Dom przy Zartziger Straße 12 należał do wdowy Giese. Stamtąd iz domu nr 14nie ma nic specjalnego do opisania, a tym bardziejz domu nr 16. Latem było to centrum naszego terenu zabaw, głównie na Ravensburgu. I zawsze dla nas to był „nasz" Ravensburg. Z tego, że ten niewielki ciek wodny, czyli Brenkenhofskanal*, to był kanał melioracyjny, zdałem sobie sprawę dopiero dzięki stargardzkim książkom Joachima Stampy.Drewniane mostkiprowadziły do wszystkich parzystych domów nad Ravensburgiem, a miały szerokość około 1,80 do 2 m i stanowiły przejścia dla pieszych do wejść do domów. W każdym bądź razie wielu młodych ludzi z Zartziger Strasse zbierało się latem nad Ravensburgiem, zwłaszcza przy moście prowadzącym do domów nr 14 i 16. Ciek wodny Ravensburga, skądinąd dość błotnisty, miał tu [na dnie] piękny jasny piasek, który był naszym placem zabaw ku niezadowoleniu mieszkańców, zwłaszcza właściciela obu domów mistrza kamieniarskiego Kohna. Był on szczególnie zły, kiedy zbieraliśmy opadłe śliwki. O ile spadły do Ravensburga lub leżały na prawym brzegu, Herr Kohn chyba nie nie widział powodu, by interweniować. Jednak, gdy niektórzy z nas szli dalej i potrząsali śliwkami, to to już wzbudzało słuszny gniew pana Kohna. Raz bezskutecznie próbował złapać jednego ze złoczyńców, którego ścigał wzburzony przez Ravensburg, ale skończyło się na tym, że został tylko z mokrymi butami i spodniami. W każdym bądź razie zawsze musieliśmy mieć się na baczności. Z pewnością nasze zachowanie nie było zgodne z prawem, ponieważ nie tylko uszkodzenie umocnienia brzegowego w wyniku wejścia i wyjścia z cieku było patrząc z perspektywy czasu budziło zastrzeżenia. Zapewne podświadomie zdawaliśmy sobie z tego sprawę, ponieważ władzę w postaci sierżanta policji Köhna, który miał rozwianą bujną brodę i mieszkał wLand-Usedom[okolice ul. Włosienniczej], musieliśmy brać w pełni pod uwagę, gdy krzyczano: „Policja, Köhn nadchodzi”, czyli bardzo szanowana osobistość.
Dom nr 18kojarzy się ze wspomnieniem sięgającym czasów przed I wojną światową. Mieszkała tam m.in. rodzina Stolterfothów. Ich syn (Willi?) odprowadził mnie kiedyś do sklepu Zillmera, gdzie miałem kupić mamie sól, która akurat była potrzebna na obiad.W sklepie Zillmerauwagę mojego towarzysza zwrócił pojemnik z ciasteczkami zwanymi główkami murzyńskimi albo pocałunkami murzyńskimi. Dałem się szybko namówić i zamiast soli za drobne przyniesione ze sobą kupiłem te główki, które obaj zajadaliśmy potem ze smakiem. Ten incydent utkwił mi w pamięci, ponieważ moja mama - nie od razu mnie za to obwiniając - sama kupiła sól, a potem uprzejmym tonem zwróciła mi uwagę w domu, że moje postępowanie było niewłaściwe.
Razem z moim przyjacielem Albertem Müllerem u niego w domunumer 20nauczyliśmy się od dziadka Ziehma grać w skata. Dziadek Ziehm był surowym nauczycielem, u którego najłagodniejszą karą była nagana: „Ty draniu! Jak możesz grać w kara, powinny być kiery!"
Mój ojciec mistrz stolarski Paul Bergemann prowadził warsztat meblarski naposesji nr 22(w zabudowaniach bliżej Elsnerstrasse). W listopadzie 1914 poległ w Rosji. Do wybuchu I wojny światowej często bawiłem się w pobliżu warsztatu ojca. Teofil Marohn, którego rodzice mieszkali wówczasw domu nr 26, był tam pewnego razu i wtedy doszło do kłótni, podczas której uderzył mnie w głowę taką łopatką do zabawy. Jedyną przykrą dla mnie rzeczą było to, że z rękojeści łopatki wystawał gwóźdź, który zrobił mi mocno krwawiącą ranę na głowie. Jakiś czas później, w ramach „odwetu” za jego czyn, wyciągnąłem Theophila Marohna z kanału Ravensburg, do którego wpadł przez nieuwagę podczas zabawy.
Kiedy opisywany teren zabaw stał się dla nas za mały, zaczęliśmy wybierać się na wycieczki do Weißen Brücke/Białego Mostu, który prowadził przez Großen Krampehl [rzeczka Krępiel] zaNeu-Mexiko[Mroczeń, ul.Nowowiejska za torami]. Przy tym moście było najpiękniejsze kąpielisko, jakie znaliśmy. Dochodziło się tam albo przez Elsnerstraße, Eschenweg [ul. Sikorskiego], Eichenweg [al. Dębowa], Werdertrift [teren przy ul. Nowowiejskiej] i Neu-Mexiko, lub Elsnerstraße, Eschenweg, Eichenweg pod mostem kolejowym (powodziowym) do Großen Krampehl i dalej [w prawo] do Weißen Brücke. Kąpiel koło Weißen Brücke nie była całkowicie bezproblemowa, ponieważ w celu ochrony brzegu postawiony był tam słup z tablicą z napisem „Zakaz kąpieli". Musieliśmy zawsze uważać na strażnika polowego [wiesenwärther lub feldwärther - odpowiednik gajowego w lesie] Barfknechta, który ze swoim dużym psem o imieniu „Fießchen" pilnował porządku na Feldmarku [teren łąkowo-leśny na południe od rzeczki Krępiel należący do miasta i ciągnący się po wschodniej stronie Iny]. I gdy psa Barfknechta, tak go nazywano, widać było nawet tylko z daleka, zaraz zaczynaliśmy maszerować z powrotem lub zmienialiśmy kierunek. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, skąd wzięło się przezwisko „Fießchen", ani co znaczyło. W każdym razie obok „Putz" Köhna Barfknecht był dla nas kolejną wzbudzającą respekt osobą, której unikaliśmy, gdy tylko było to możliwe. Wciąż w pamięci mam jedno małe przeżycie: Gerhard i Werner Nicol otrzymali od ojca polecenie przyniesienia młodych ziemniaków z należacej do niego działki przy Pflaumenweg [ul. Sadowa]. Chcąc na miejscu połączyć to z obiadem śledziowym z pieczonymi kartoflami, kupiliśmy 3 solone śledzie od kupca Zillmera (następca Joh. Rohde), włożyliśmy je do pustej puszki po konserwie i ruszyliśmy w stronę Białego Mostu. Tam najpierw kąpaliśmy się, a śledzie moczyły się w wodzie z Großer Krampehl. Następnie udaliśmy się w kierunku lasu miejskiego [lasek przy dzisiejszej obwodnicy S10] do mostka Teufelsbrücke (znanego również jako Wuppelbrücke) [na Inie] by dotrzeć do działki Nicola na Pflaumenweg. Po zebraniu wystarczającej ilości ziemniaków rozpaliliśmy ognisko z suchych łętów ziemniaczanych i suchych gałązek, do którego włożyliśmy tyle ziemniaków, aby wystarczyło dla trzech głodnych żołądków, zakładając, że te ziemniaki się upieką. Ale ogień chyba nie był wystarczająco mocny, bo ziemniaki w środku pozostały surowe, a śledzie, które w międzyczasie wypatroszyliśmy, były oczywiście nadal bardzo słone. Całość okazała się raczej kiepskim obiadem, który poza tym spowodował spore pragnienie.
A teraz kolejna nasza rozrywka: w pewien niedzielny poranek bracia Hans i Eberhard Droß, którzy właściwie nie należeli do naszej młodzieżowej gromady, zapytali nas, czy chcemy wziąć udział w „kampanii” przeciwko młodzieży z Zartziga. Co prawda powód tego przedsięwzięcia nie był jasny, ale w mgnieniu oka zebrało się nas około 10-12 chłopców i pobiegliśmy przez łąki do Kleine Krampehl [kanał Młynówka, czyli Krępielnica] aż do przepustu w nasypie kolejowym mającego łukowe sklepienie (nazywaliśmy go „mysią dziurą"). Przez ten półokrągły kamienny przepust przedostaliśmy się do „Zartziger Schanzen”, czyli do pagórka ze stromą skarpą [miejsce obecnie w pobliżu posesji pod nr 9P w Strachocinie], z którego polna droga prowadziła na skraj wsi Zartzig [Strachocin], gdzie wkrótce zebrali się nasi przeciwnicy. Najpierw zaczęło się od wzajemnych obelg, ale wkrótce małe kamyki zaczęły latać w jedną i drugą stronę, i ze względu na przewagę liczebną chłopaków z Zartziga musieliśmy się wycofać przez Schanzen i "mysią dziurę" na drugi brzeg Kleiner Krampehl. Po tym, jak jeden z nas dostał kamieniem w czapkę z daszkiem, kampania szybko zakończyła się, przynajmniej w ten niedzielny poranek. Powtórzyliśmy to w kilka kolejnych niedziel, ale przebieg zdarzeń był zawsze taki sam, a później już jakoś przestało być to interesujące. Ponieważ jak już „zasmakowaliśmy” w tym, to z naszymi zaczepkami raczej nie traktowanymi na serio wystąpiliśmy nieco później przeciwko chłopakom z Wieckstrasse [ul. Jagiellońska]. Szybko znalazł się pretekst, jakim były drobne wyzwiska, i zaczęło się. Nasi przeciwnicy z Wiecka czekali na nas na Elsnerstraße [ul. Andersa] przed wejściem do Stadtbauhof [teren u zbiegu ulic Andersa i Jagiellonskiej]. Początkowo były to tylko wzajemne wyzwiska, aż do momentu, gdy jakiś "brutal" wyciagnął długie drągi jako "broń". Ale nikt nie został ranny; te drągi prawdopodobnie miały tylko wzbudzić nasz respekt. Front „walk” przetaczał się tam i z powrotem, aż młodzież z Wiecka wycofała się do wejścia na dziedziniec „Mielkesche Kaserne” na początku Wieckstrasse (tuż za Ackerbürger Zillmer), która to ulica wydawała się nam nie do zdobycia, więc zabawa wkrótce się skończyła.
Most przechodzący nad kanałem Ravensburg na początku Zartziger Straße pierwotnie był drewniany (później już był z betonu). Pod tym mostem biegły linie zasilające Zartziger Strasse (wodociąg, gaz, kanalizacja), które pomiędzy brzegami kanału były w obudowie z desek w formie skrzyni. Kiedyś kilku odważnych przeczołgało się przez tę obudowę. Gdy wyszli na drugim końcu, byli nie do poznania. Byli cali pokryci pajęczynami, robakami i brudem, i to był jedyny raz, gdy dokonano wejścia do tej „jaskini", co nie obyło się bez niebezpieczeństw. Mimo to ciekawość skłoniła niektórych chłopców do zbadania również kanału rurowego między domem Nicola a starym kortem tenisowym. Jednak po około 10-12 metrach zawrócili, bo było tam zbyt strasznie.
Przejście przez "mysią dziurę" było częścią bardzo ładnej trasy spacerowej: Ravensburgstrasse [ul. Robotnicza], Kuhbrinksdamm [ul. Na Grobli] (pomiędzy fabryką Hurlina a Schützenhausem ), dalej wzdłuż kanału Kleinen Krampehl [kanał Młynówka] przez "mysią dziurę" do mostu na Kleinen Krampehl na wjeździe do wsi Zartzig [Strachocin]. Czasami spacer wydłużał się jeszcze bardziej, przez Zartzig aż do Hammermühle [osada Bębnikąt]. Tam głęboko wyżłobione koryto rzeczki Grossen Krampehl [rzeka Krępiel] wyglądało wspaniale i imponująco, jak w bajkowym lesie. Wspomniana już kilkukrotnie „mysia dziura” wymaga dokładniejszego opisania. Patrząc [na przepust] w stronę pól w kierunku wsi Zartzig po lewej stronie prowadziła wąska ścieżka [murowany występ wzdłuż wewnetrznej ściany przepustu], tak wąska, że mogła z niej skorzystać tylko jedna osoba na raz. Na drugiej stronie półkolistego obmurowania "mysiej dziury" od Zartziga widniał rysunek wykonany węglem przedstawiający postać z podniesioną ręką. Mówiło się, że ten rysunek zrobił mężczyzna, jak głosi przerażająca historia, zanim zastrzelił się w kanale Kleiner Krampehl z powodu nieszczęśliwej miłości. W tamtym czasie ten rysunek, który zawsze wzbudzał zainteresowanie podczas przechodzenia przez "mysią dziurę", nawet podczas późniejszych spacerów już w latach 20., wydawał się nieco prymitywny; dziś można by go zaklasyfikować jako przykład „sztuki abstrakcyjnej”.
Niemal każdy z dumą wspomina ulicę i jej okolice, w których spędził młodość. W moich wspomnieniach z lat młodości na Zartziger Strasse lokalny patriotyzm mógł również odegrać pewną rolę, gdyż uważałem ją za jedną z najpiękniejszych ulic w naszym rodzinnym mieście. Patrząc w kierunku wylotu z miasta - od lewej były domy o nieparzystych numerach, które [od frontu] miały małe ogródki, dalej był wąski chodnik, na prawo od niego biegła jezdnia, która została wybrukowana dopiero w latach 20. XX wieku. Po obu stronach była obsadzona starymi kasztanami. [po prawej stronie jezdni] Pochyła skarpa opadała do szerokiej ścieżki dla pieszych, ponieważ ścieżka była o około 1 metr niżej niż jezdnia. Ta piękna ścieżka pierwotnie biegła w otoczoniu drzew (jesionów?), które niestety zostały powalone w okresie I wojny światowej. Za nią był zielony pas o szerokości około 3 m, a następnie za nim „nasz” kanał Ravensburg (czyt.: Brenkenhofskanal*). Domy po prawej stronie ulicy z parzystymi numerami, do wejść których przez Ravensburg prowadziły drewniane mosty dla pieszych, miały większe frontowe ogródki. Z niedawnych relacji z podróży [osób, które odwiedziły miasto] wynika, że nasyp ulicy został poszerzony [kosztem ścieżki], a ścieżkę przeniesiono na drugą stronę Ravensburga. Czy po tym znów tam będą romantyczne mosty dla pieszych? A teraz do Ravensburgstraße: gdy szło się z Zartziger Straße na Schützenplatz/Plac Strzelecki, skręcało się w prawo i tam budynki były tylko po prawej stronie. Jednym z najlepszych wspomnień jest spacer po Ravensburgstrasse do Schützenplatz, gdzie w Zielone Świątki odbywały się coroczne festyny z okazji święta bractwa strzeleckiego. Główną atrakcją i miejscem spotkań młodzieży była kolejka Rohwedera [zamknięty tor kolejki biegł raz w górę, raz w dół], a muzykę płynącą z wielkich organów [zapewne chodziło o maszynę grającą w rodzaju katarynki] stojących pośrodku kolejki do dziś wspominam ciepło, nawet jeśli od czasu do czasu grały także stare melodie. Na takim pięknym festynie ludowym w naszym rodzinnym mieście poznałem też moją żonę, której dom był przy Mühlengasse 9 [ul Młyńska], gdzie ona się urodziła i gdzie urodzili się jej rodzice. Niedawno znaleźliśmy starą pocztówkę sprzed I wojny światowej przedstawiającą widok z Peter-Gröning-Strasse [ul. Portowa] na Mühlentor [Brama Młyńska], a w tle dom, w którym urodziła się moja żona (Mühlengasse 9, niedaleko Karow'sche Mühle).
Choć nie jest to bezpośrednio związane z tematem, na zakończenie przypomnę coś szczególnego wynikającego z natury młodych ludzi w naszym rodzinnym mieście: to było tzw. „prowadzanie się po czworoboku” na trasie Rynek/Radestrasse/Holzmarktstrasse. Było to powolne niekończące się spacerowanie młodych osób, zwykle w parach, w jedną stronę od Rynku (Ascher) ulicami Radestraße i Holzmarktstraße do Jägerstraße [od Rynku ulicami Grodzką, Łokietka do Płatnerzy] i potem z powrotem. Odbywało się to późnym popołudniem do około godz. 19:00. Jeśli komuś się spieszyło, to trzeba było przejść na drugą stronę ulic Holzmarktstraße i Radestraße lub skorzystać z Pyritzer Straße. Właściciele sklepów na Holzmarktstraße / Radestraße z pewnością nie byli zadowoleni z tego „prowadzania się po czworoboku”, ale kto spośród młodych ludzi lat dwudziestych nie bawił się przy tym dobrze? To samo działo się na Bahnhofstrasse [Wyszyńskiego] w letnie wieczory, kiedy w ogrodzie Cafe Ortmann grała lekka muzyka.
Patrząc wstecz, lata dzieciństwa i młodości wciąż są przeze mnie mile wspominane, nawet jeśli przyćmiły je czasy I wojny światowej i lata 20. XX wieku, które nie dla wszystkich były słodkie.
Rudolf Bergemann
* Autor wspomnień używa zamiennie nazw Ravensburg i Brenkenhofskanal dla odcinka kanału biegnącego wzdłuż Zartziger Strasse dając do zrozumienia, że potocznie używaną nazwą była ta pierwsza. Pierwotnie Ravensburg od mostu na Zartziger Strasse był skanalizowanym później fragmentem dawnego koryta rzeki Iny, a Brenkenhofskanal jako kanał melioracyjny został już w czasach nowszych podłączony do niego. Z czasem ta druga nazwa pozostała tylko przy południowym początkowym odcinku kanału melioracyjnego za torem kolejowym.
Tłumaczenie tekstu własne. W nawiasach [ ] zamieszczono dodatkowe objaśnienia tłumacza niezawarte w oryginale tekstu.
do Wojciech Szuba: Sporo informacji o tym, jak wyglądał ten rejon, przydatnych dla dobrze znających miasto. Tłumaczenie przez translator, więc może warto byłoby wprowadzić małe korekty.
do blaggio.: Ja już dużo tych poprawek naniosłem. Tekst jest bardzo długi i wymagający i zastanawiałem się nawet czy go nie zredukować o połowę.Zostawić tylko 50 % z opisem budynków i ich mieszkańców, ale ostatecznie zdecydowałem się zostawić tak jak jest, kosztem niestety jakości. Druga sprawa, że w chwili obecnej nie jestem w stanie zlokalizować pewnych opisywanych i nazwanych w nim po niemiecku miejsc.
do Wojciech Szuba: Spróbowałem jeszcze trochę udoskonalić tłumaczenie, ale dojechałem tylko do połowy. Korzystałem przy tym z oryginału. Rzeczywiście nie idzie to łatwo. ;-)
Komentarz został edytowany przez administratora - powód: dopisek
do blaggio.: Sorry za spóźnienie. Wow, dla mnie petarda. Powolutku dodaje informacje na Bydgoskiej i zakładam obiekty, więc na koniec dodam jeszcze parę znaczników do nazw, żeby można się w tym opowiadaniu lepiej odnaleźć i będzie - mam nadzieję bomba.