Lausitzische Monatschrift 1796 r. Pierwsza część, zeszyt 6. Kronika spraw łużyckich.
Dnia 17 czerwca (1796) Wykroty.
Pani Christiane Helene Tugendreich von Kiesenwetter z domu von Gersdorf, żona pana Ernsta Gottloba von Kiesenwetter, seniora prowincji w księstwie zgorzeleckim, pana na Górnych i Dolnych Wykrotach, w 38 roku życia odeszła w wyniku porodu.
Jest prawdopodobne, że najczulsza troska o męża, który właśnie zachorował na najbardziej bolesną podagrę, przyspieszyła jej poród. Jednak w tym samym czasie pozostawiło to najbardziej szkodliwe następstwa na jej kondycji fizycznej, których najbardziej przerażające skutki wkrótce się ujawniły. Połogowe zapalenie piersi [w oryginale - Milchversetzung (słownik Mrongoviusa: zatrzymanie się pokarmu w piersiach u położnicy)] doprowadziło do wszystkich bolesnych i śmiertelnych konsekwencji, które zwykle z tego wynikają, którym nawet najbardziej doświadczony lekarz nie był w stanie zapobiec, a ona wkrótce zdała sobie sprawę, że powołała swoje dziecko do życia, aby umrzeć. Powiedz mi otwarcie - rzekła do lekarza - czy moje życie jest w niebezpieczeństwie, jestem o nie jedynie zaniepokojona. Widoczne zakłopotanie lekarza tym pytaniem natychmiast zadecydowało o jej przekonaniu, że umrze; a teraz nie omieszkała poczynić wszelkich przygotowań do odejścia. Kiedy osiągnę cel mojej pielgrzymki, powiedziała do swojego spowiednika, z radością poddam się Boskiej Opatrzności, która zawsze robiła ze mną wszystko tak dobrze w moim życiu, ale modlę się do Boga aby nie uczynił moich cierpień zbyt bolesnymi, a czasu ich trwania zbyt długim. Dlatego poczyniła najbardziej przemyślane przygotowania dotyczące jej ziemskich spraw, a jej skargi na to ujawniły zbyt wiele, że już przed porodem brała pod uwagę możliwość tragicznego wydarzenia.
Następnie wezwała czworo najstarszych z siedmiorga swoich dzieci do łoża śmierci i uroczyście ich żegnała. Wzruszająco poprosiła je o przebaczenie, jeśli była winna jakiegokolwiek zaniedbania w wypełnianiu swoich matczynych obowiązków; w ten sam sposób, z matczyną czułością, zapewniła ich o całkowitym zapomnieniu o wszystkim, co mogło ją urazić w ich zachowaniu. Jakże troskliwie ostrzegała je przed wszystkimi niebezpieczeństwami pokus - jakże starannie napominała ich, by były otwarte na dobre wspomnienia o swoich nauczycielach i każdej dobrej osoby, aby głęboko wpajały je w swoje serca i równie pilnie za nimi podążały. W ten sam sposób dziękowała wychowawcy swoich dzieci za całą jego wierność i sprawdzoną opiekę i pilnie polecała je jego dalszej uwadze i opiece, którą nadal będzie mu winna u tronu Bożego. Wszystko to mówiła ona, która tak często ze łzami współczuła niedoli sąsiedniego ludu - bez względu na to, czy towarzyszyło jej uczucie melancholii. Wycofawszy się z ziemskich spraw i pozbywszy się wszelkich pragnień, jakie mogła mieć dla tych, którzy pozostali, wzniosła się teraz myślami ponad Ziemię. Z najbardziej widocznymi oznakami najgorętszego oddania cieszyła się pamiątkowym posiłkiem śmierci swego Zbawiciela.
Posiadała najlepsze budujące pisma naszego wieku i czytała je. Ale zaznaczone w nich fragmenty dowodziły również, że czytała je z uczuciem i sympatią. I jak dobrze owoc tego, karmiony wrażeniami religijnego wychowania, które otrzymała w młodości i pobożnym przykładem matki jaki dawała na swoim łożu boleści, przyszedł do niej! W przeciwnym razie heroiczna cierpliwość, stałe opanowanie i siła z jaką pokonywała najbardziej niewyobrażalne bóle, pozostałyby niewytłumaczalne, gdyby religia nie była głęboko zakorzeniona w jej sercu przez lata jej młodzieńczego życia. Tylko raz powiedziała, gdy ból wydawał się wzrastać do najstraszliwszego poziomu i bez przerwy: "Moja odwaga prawie chce teraz zatonąć". Z pewnością, gdyby nie była zaznajomiona z myślą o śmierci w dniach zdrowia, raczej nie pospieszyłaby na jej spotkanie z taką męską nieustępliwością i doskonałym spokojem. Ale radość i widoczny spokój ducha pozostały jej udziałem aż do ostatniej decydującej chwili. Nawet jej własny nastrojowy temperament nie opuszczał jej całkowicie w godzinach odpoczynku; wręcz przeciwnie, wiedziała, jak rozweselić wszystkie przygnębione twarze wokół niej i ułatwić jej opiekunom zajęcie się nią. Dla mnie płakała, nie płacz. Och, jaka będę szczęśliwa, kiedy skończę moją walkę. I właśnie z tego powodu nie chciała utrudniać sobie i tym dwóm drogim jej ponad wszystko osobom nieuchronnej rozłąki przez osobiste spotkanie z dobrą i pobożną matką oraz z mężem, który wciąż chorował, a może nawet doprowadzić do najsmutniejszych konsekwencji dla jej zdrowia, ale zadowoliła się częstym pytaniem o przebieg choroby drogiego męża i wysyłaniem gorących życzeń do Boga o jego zachowanie. I tak śmierć zakończyła najbardziej bolesną rozłąkę tej pary małżeńskiej wieczorem o godzinie 845. Została pochowana 20 - go. Niejedna cicha łza mieszkańców Wykrot spłynie jeszcze na jej grób.
Autor (pastor) M. S. Propozycja przekładu T. Berestecki