|
starsze nowsze oceń zdjęcie | skomentuj ocenę | 6 głosów | średnia głosów: 6
1894 , Pocztówka upamiętniająca odsloniecie pomnika ofiar katastrofy górniczej.Skomentuj zdjęcie
|
1 pobranie 1103 odsłony 6 średnia ocen Poprzednie i następne zdjęcia vetinari Obiekty widoczne na zdjęciu
Pomnik upamiętniający ofiary katastrofy górniczej na szybach "Franciszka", "Jan" i "Głęboki" więcej zdjęć (3) Zbudowano: 1894 W 1911 r. Alojzy Bonczek ze Stonawy opisał w swej książce pod tytułem: "Przyczynek do historyi rozwoju górnictwa i ruchu górniczego na Śląsku" największą w historii Zagłębia Ostrawsko-Karwińskiego katastrofę górnicza, która miała miejsce 14 czerwca 1894. Nadszedł pamiętny dzień 14. czerwca. Po gorącym pół dniu cisnęli się górnicy do szybu do zjazdu na dół na południową zmianę koło 4-tej godziny popołudniu, by się ochłodzić w głębokościach chłodnej kopalni. Nie przeczuwali najmniejszego nieszczęścia. Załogą we wspomnianym pokładzie 19-tym składała się z przeszło 200 górników, przeważnie młodszego wieku, śmiałych powybieranych robotników. Jeden za drugim pociąg pełnych wózków ciągniętych końmi dobijano pod szyb Jana 6-tego poziomu z 19-tego pokładu. Najżwawsi robotnicy, jako nasuwacze wózków do klatki, zwijali się z największym pośpiechem, gdyż dozorca dał nakaz, że musi dziś o 50 wózków więcej wyfedrować. Koło pół do 10-tej wieczór naraz dał się słyszeć ogromny huk wstrząsający całą kopalnią, przerażając nas - wszystkich swym łoskotem połączonym ze zupełnym przerwaniem chwilowym prądu powietrza. Pracujący po drugiej stronie szybu na polu wschodnim, rzuciliśmy się po ciemku (gdyż nam huk lampy pogasił) do ucieczki, lecz każdy zrozumie, jak daleko można bez światła w kopalni uciekać... Omawiając rozmaity powód słyszanego straszliwego huku dodrapaliśmy się na główny chodnik wiodący pod szyb. Napotykamy rewirowego dozorcę, który tak samo pyta, co się stało, gdy i jemu straszliwy huk podziemny i gwałtowna detonacja były zupełnie niezrozumiałe. Mając na szczęście światło, gdyż dozorcy, byli już poniekąd zaopatrzeni w lampki, które było można po zagaszeniu na miejscu zaświecić, górnicy mieli lampki olejowe, podążyliśmy ku głównym drzwiom oddalonych o jakie 20 metrów. Zbliżywszy się do wspomnianych drzwi, dał się już uczuć ogromny nieznośny swęd dymu jakiegoś rzadko górnikowi znajomego. Z wielką ostrożnością dozorca otwiera drzwi, gdzie przy otwarciu owiał nas czarny kłąb dymu, zatykając nam usta i tamując oddech. Dopiero teraz zrozumieliśmy, że jest to widoczną oznaką katastrofy, na razie niemożliwą do osądzenia, gdzie i w jak wielkim rozmiarze powstała. Ogromnie przerażeni, zostaliśmy chwilę zamyśleni, co teraz czynić, gdyż ucieczka pod szyb została nam tym sposobem odcięta. Została nam jeszcze jedna stara pochylnia do dyspozycji i jedyna droga do ucieczki. Chcąc się dostać pod tę w tej chwili szczęśliwą pochylnię musieliśmy wrócić nazad od szybu jakie 500 metrów, któreśmy przebiegli prędzej, aniżeli może ptak byłby wstanie przelecieć. Stanąwszy pod pochylnią, której długość wynosiła przeszło 800 metrów, a w której drzewo zabudowania było połamane, wszędzie zaś pełno kamieni, z trudem wielkim dostaliśmy się do 5 tęgo poziomu? Pomimo tych przeszkód, jak i położenia pochylnią gdzie zmuszeni byliśmy ciągle w górę uciekać, w 5-tym poziomie pod szybem Karola. Do szybu Jana trudno było się dostać, gdyż nie tylko dym wydobywający się z głębi 6-tego poziomu tamował drogę,lecz wyrzucony pełny wózek z węglem do szybu siłą eksplozji a rozpierający się pomiędzy zabudowaniem szybowym, uniemożliwiał pośpieszne wydobywanie się na wierzch ratujących się górników. Ponieważ w tym poziomie już dozorcy mieli bliższe wyjaśnienie, że nic innego stać się nie mogło jak tylko eksplozja gazów w 6-tym poziomie, panika była nie do opisania. Każdy chciał być pierwszy w klatce i na wierzchu. Bez jakiegokolwiek uwzględnienia przepisanej ilości pakowano do klatki, ile tylko zmieścić się mogło. Za kilkadziesiąt minut byliśmy na wierzchu, oddychając świeżym powietrzem. Lotem błyskawicy, pomimo, że był to późny wieczór, detonacja wywołała nie tylko wszystkich urzędników z ich pomieszkań, lecz poprzychodzili górnicy z kolonii Sowińca o ćwierć godziny drogi oddalonej od kopalni, jedni zobaczyć, co się stało, drudzy, by ratować, jeżeli będzie potrzeba. Ponieważ już jednak za prawdopodobne uznano, że wybuch nastąpił w 6-tym poziomie, do którego dojazd bezpośredni tylko szybem Jana był możliwy, przeto koło szybu Jana zgromadzonych było setki osób, tak mężczyzn jak i płaczących kobiet. W mgnieniu oka nadszedł rozkaz udania się do kopalni w celu niesienia pomocy. Dostawszy świeżą lampkę nie myśleliśmy o niczym innym, jak tylko o ratunku; pojechałem szybem Jana nazad do kopalni. Zjechawszy na dół, musieliśmy czołgać się kilka metrów w dół po zabudowaniu szybowym, gdyż z klatką nie było można dojechać na sam dół, ponieważ wyrzucony wózek pełny do szybu do wierzchu uniemożliwiał to. Zaczołgawszy się na dół (dym po wybuchu już się uniósł z powietrzem), spostrzegliśmy, że czterech naciskaczy pod szybem brakuje; jeden z nich pół martwy siedział już całkiem bez jakiejkolwiek nadziei pomiędzy stemplami, trzymając się kurczowo stempla, okurzony pyłem węglowym, nie mógł słowa wypowiedzieć. Trzech brakowało. Kiedyśmy się zapytali, co się stało, gdzie ma kolegów, odpowiedział cichym głosem, że nie wie, co się stało i że nie wie, gdzie koledzy. Tu poznaliśmy, że trzej towarzysze zostali zmieceni siłą wybuchu 70 metrów do głębi szybu na 7. poziom. Wydobycie jednego żywego górnika po wybuchu dodało odwagi innym górnikom i urzędnikom, by jechać na dół ratować, gdyż przypuszczano, że może więcej jeszcze górników znajdować się będzie przy życiu. Nie upłynęło jednak całej pół godziny, a znajdowało się nas znów koło 50 z dozorcami i urzędnikami w kopalni w miejscu katastrofy, gdzie jedni mieli się udać z przyrządami do cucenia omdlałych do czół, gdzie robotnicy pracowali w miejscach koło 500 do 600 metrów oddalonych od szybu; drudzy znów mieli się udać do 7. poziomu, wydobywać już trupy brakujących z pod szybu trzech narażaczy. Każdy z nas z gotowością największej ofiary rozmyślał nad tym, jakie szczęście dla niego będzie, jeżeli zdoła chociaż jednego górnika z pola katastrofy uratować. Każdy myślał o tylu ojcach rodzin, bratach, kolegach i dobrych znajomych, którzy w otchłani śmierci się znajdowali. Takim samym sposobem rzucono się na ratunek ze zachodniej strony na szybie Franciszki i Głębokim, gdyż te szyby były połączone ze sobą przebitymi chodnikami. Na szybie Franciszki pod komendą szychtmistrza Kurca tym śmielej udano się na ratunek w liczbie koło 40 osób, gdyż detonacja nie była tam tak silna, jak na szybie Jana. Tak samo udano się ze strony szybu Głębokiego, gdyż z tej strony pracowali w tym pokładzie górnicy. Naraz dała się słyszeć ponowna detonacja i zupełna przerwa prądu powietrza, który był o wiele silniejszym, jak zwyczajnie. Zostaliśmy przerażeni, co znów się stało, lecz ani na chwilę nie przypuszczaliśmy, żeby możliwa była jeszcze eksplozja lub jakie inne zjawisko niebezpieczne w kopalni. Dopiero za pewien czas, kiedy zjechały nowe pomocne siły, kiedy kilku nas wróciło z miejsc najbliższych, gdzie robotnicy najbliżej pracowali z oznajmieniem, że na kopalni są wszyscy już nieżywi, również że nie ma żadnej nadziei ratunku - dowiedzieliśmy się, że nastąpił nowy wybuch, który większe spustoszenie wyrządził na zachodnim polu szybu Franciszki. Myśmy na szybie Jana ocaleli, tylko w uszach zaległo nam do tego stopnia, że długi czas zostaliśmy głusi. Zaś na szybie Franciszki wybuch drugi dopadł wszystkich górników razem z urzędnikami, spieszącymi na ratunek, zabijając wszystkich na miejscu. To wszystko nie potrafiło nas odstraszyć od dalszej pracy, by, jeżeli już pomoc jakakolwiek była zbyteczną, przynajmniej co najprędzej zająć się wydobywaniem trupów na wierzch. Naszą odwagę wzmacniała jeszcze i ta okoliczność, że pomimo, iż już byliśmy świadkami dwóch, krótko po sobie następujących eksplozji, nie przedstawiał sobie żaden, z jakiego powodu one powstały, lub jeżeli jeszcze się powtórzą. Nawet urzędnicy z samym bergratem straciwszy chwilowa głowę nie przeczuwali nic innego, jak tylko zwykłą eksplozję gazów. Sam bergrat Grey zjechał do szybu, by na własne oczy widzieć spustoszenie, które przeważnie sprowadziła jego lekkomyślna manipulacja i zaprowadzona rabunkowa gospodarka na szybach Laryszowskich. Po drugiej eksplozji, kiedy poczuł p. Grey świst powietrza, zmiarkował, że coś złego się dzieje, prędko kazał się wywieść na wierzch, zostawiając nas na pastwę losu. Zatrwożeni, dzieląc się na grupki po 4 do 5ciu, chwytaliśmy się rzeczywistej pracy robienia sobie wolnych przejazdów kolejką, która po wybuchu została zawaloną przez spadające kamienie. Inni znów rozgarniali ogromne zawały na głównym chodniku, wiodącym do 19-tego pokładu, by móc zabitych kolegów tym łatwiej przeprowadzić pod szyb. Smutna to była praca, gdyśmy doszli do pierwszych stosów zwęglonych zwłok, nie mogąc ich zaraz zabrać, gdyż przed zawałami i grożącym jeszcze większym zawaleniem, praca dla nas była ogromnie niebezpieczna. Wszystko zabudowanie było już wybite, główny chodnik przedstawiał się jak zasmolony kanał, napełniony swędem, dymem duszącym z jakby opalonych zgliszczy, w których nie było można rozpoznać trupa zabitych i zwęglonych górników. Trwoga przejęła każdego, gdyśmy przeczołgali się na czwórkach przez ogromny zawał jakie 500 metrów od szybu pod główną pochylnię, po której spuszczano niedaleko cały fedrunek z tego pokładu. Pod pochylnią znaleźliśmy koło 20 wózków zbitych w jeden wielki stos, pomiędzy którymi sterczały dwa zabite konie i kilka trupów ludzkich bez nóg i rąk, bezkształtne masy ciała ludzkiego. Z pochylni wydobywał się ogromny dym, uniemożliwiając nam oddech, co nas też upewniało w przekonaniu, że żaden już w kopcu w pracach żyć nie może, gdyż przemurowania, oddzielające powietrze, które dochodziło do miejsc prac, całkiem były zdemolowane i żadne powietrze tą drogą przeznaczoną nie szło, więc kto nie zginął od wybuchu, ten zginął od uduszenia, bądź dymem lub brakiem powietrza. Dym, gwałtownie z pochylni buchający, przeraził nas ogromnie, zwłaszcza, gdyż obecny z nami jeden nadsztygar wykrztusił: uciekajmy, bo tam w kopcu musi się palić. Było nas koło 15-tu, lecz po tych słowach żaden nie chciał być ostatnim. W największym pośpiechu poczęliśmy wracać do szybu nazad. O ucieczce mowy nie było, gdyż zawalenia i powywracane stemple uniemożliwiały nam takową. Za jakie 20 minut dobijają pod szyb, przełażąc po brzuchu największe zawalenia, niedaleko szybu dał się słyszeć silny głos: ,,co najprędzej wszystko na wierzch, taki przyszedł rozkaz". Nie wiedzieliśmy, co to ma znaczyć. Nastał popłoch nie do opisania, gdyż wszyscy naraz chcieli wleźć do klatki i być najprędzej na wierzchu. Szczęśliwie wydobyto nas na wierzch koło pół do 7-mej rano. Urzędnicy, stojąc gromadnie,, gwarzyli w niemieckim języku, którego i tak żaden zrozumieć nie był wstanie, gdyż płacz i szlochanie szyb otaczających żon i dzieci wszystko głuszył i tłumił. Żandarmeria usuwała publiczność od szybu, myśmy zaś usiedli zmęczeni w lokalu maszyny fedrunkowej i zamierzaliśmy się nieco posilić doniesioną nam kawą czarną. Nagle daje się słyszeć ogromny huk, ziemia się zatrzęsła, ze szybu buchnął dym z ogniem, krzyk, rozpacz, każdy szukał bądź okna lub drzwi, by uciekać jak najdalej od szybu. Była to trzecia z rzędu eksplozja, a według wyrządzonej szkody na wierzchu, najsilniejsza. Siła wybuchu zniszczyła całą maszynę na szybach wiatrowych tak szybu Henryety, jak i fiedrunku, Na szybie Jana ogromne drzwi wchodowe zostały wyrwane, schody żelazne, przymocowane do tak zwanego wierzchniego bunu, urwane i zmiażdżone. Po tego rodzaju wybuchu urzędnicy stracili zupełnie głowę, poznali, że w kopalni palą się węgle, czyli że jest pożar kopalniany, który nie da się niczym innym udusić, tylko zupełnym zastawieniem jakiegokolwiek dopływu powietrza do kopalni. Teraz przypomniano sobie hałdy suchego pyłu węglowego w 19-tym pokładzie, wyrabowane próżne pola, napełnione gazami palnymi. Inżynierzy malowali sobie obraz, co z tego powstanie; oto nazbierało się w krótkim czasie po eksplozji czyli zupełnym spaleniu ponownie gazów, te od pożaru się zapalają, a ponieważ pierwszy wybuch sprzątnął wszystko, co sile wybuchu jeszcze w drodze stało, dlatego ponowne eksplozje są tym gwałtowniejsze i nawet na powierzchni. Bergrat Grey pędzi ze strony swego zamku, trzymając ręce na głowię, krzycząc: ,,Urn Gotteswillen, Grubenbrand, die Schachte sofort zudecken!" (Rany boskie, pożar w kopalni, zabić zaraz kopalnie!) Rozkaz, który poniekąd był koniecznością, zaraz wykonano. W mgnieniu oka dowieziono z niedaleko się znajdującej piły parowej deski grube i zaczęto nakrywać szyby, uzupełniając nakrycie grubą warstwą ziemi, by jakiekolwiek powietrze wstrzymać do kopalni. Zabito szyby, zamykając w ogniu przeszło 300 górników. Odpowiedź dawały niemilknące kobiety płaczem i złorzeczeniem wobec morderców. Panowie usprawiedliwiali zamknięcie szybów koniecznością zatamowania powietrza dla zagaszenia pożaru, pocieszając pozostałych, że po tych eksplozjach, których była kilka, nie może żaden żywy w kopalni się ostać. Że tak nie było, wykazały później znalezione trupy w różnych pozycjach, udowadniając najlepiej, że pewna część była spalona, a pewna z chustkami lub innym przedmiotem w ręku ratowała się, robiąc sobie tym sposobem sztuczne powietrze. Po zupełnym zamknięciu szybów Jana, Karola, Franciszki i razem do tychże należących szybów wiatrowych i po pogrzebaniu trzech górników, których znaleziono pod szybem zabitych, w kopalni zapanowała cisza jak w grobowcu. Górników pewną część rozesłano na sąsiednie kopalnie zagłębia, pewna część przerażona katastrofą uciekła, by więcej nie wrócić a 330 spoczywało w czeluściach 300 m głębokiego szybu w szalejącym ogniu. Na każdym szybie zarządzono mierzenie siły wybuchowych gazów względnie szalejącego pożaru ziemnego. Zjeżdżały się rozmaite komisje górniczo-rządowe, nie tak dla badania, z jakiego powodu powstała straszliwa katastrofa, lecz jakim sposobem dostać się do kopalni, w celu ugaszenia pożaru. Po każdej komisji i jej obradach, krążyły pomiędzy pozostałymi górnikami rozmaite wersje. Jedni mówili, że kopalnie zostaną wodą zalane, inni znów, że dostęp do kopalni na kilka lat się zamknie, by ugasić szalejący pożar. Koło każdego szybu ustawiono kilku górników, w celu doglądania, by żaden obcy się nie zbliżył. Po upływie około 6 tygodni po katastrofie wyszedł rozkaz od nadeszłych całkiem obcych urzędników kopalnianych (gdyż urzędnicy kopalniani z wyjątkiem kilku sztygarów i jednego inżyniera razem z bergratem Greyem po katastrofie z kopalni się usunęli) iż z szybu Głębokiego jako z pola najbardziej oddalonego od katastrofy, jak i również najgłębszego rozpocząć prace śledzenia tak za ogniem, jak i również za trupami zabitych górników. Katastrofa przeraziła wszystkich górników do tego stopnia, że ciężko było znaleźć ochotnika, który by się zgodził pierwszy pojechać do kopalni. (Zaznaczam, że szyb Głęboki aż do tej chwili również był zamknięty.) Długo namyślaliśmy się, zanim zgodziliśmy się pojechać do grożącego każdej chwili niebezpieczeństwem szybu, tylko brak zarobku dodawał nam odwagi do wszystkiego. Nareszcie zgodziliśmy się z kilku najśmielszymi starszymi górnikami w towarzystwie dozorców pojechać do kopalni. Rozpoczęliśmy pracę tego rodzaju, że tylko z pomocą wspomnianego szybu Głębokiego i do niego należącego szybu wiatrowego musimy dojść na główny chodnik (Querszlak) łączący szyb Franciszki z szybem Głębokim i nieszczęśliwym polem pokładu 19-tego. Okropna to była praca rozdzielona na 4 zmiany po 6 godzin, które w największym strachu i pocie każdy z nas w kopalni przeżywał. Każdy najmniejszy szelest spadających kamieni lub pęknięcie drzewa, powodowało ucieczkę aż pod szyb. Po kilku dniach tego rodzaju pracy dotarliśmy na wspomniany główny chodnik położony jakie 500 do 600 metrów nad pochylnią prowadzącą od szybu Głębokiego. Zaznaczyć tu należy, że prace te zaraz z wierzchu wykonywaliśmy w maskach, w które nabierali się trzej górnicy i za pomocą, sztucznie prowadzonego powietrza wężami aż do maski czyli aparatu, szliśmy zawsze naprzód do otwartego pola, które dla innych pomocnych jeszcze robotników podwójnym oddzieleniem z desek i drzwi ograniczone było, a to dlatego, by powietrza nie wpuszczać tylko do tych chodników, któreśmy przeszli, boczne również zamykano szalowaniem z desek. Jak wspomniałem, gdyśmy doszli tego rodzaju pracą na główny chodnik, który krzyżował się w stronę szybu wiatrowego, zamknęliśmy murem 30 cm tenże w stronę szybu Franciszki. Panowie kierujący akcją i pracą w kopalni, konstatowali, że pole zajęte pożarem i katastrofą jest zupełnie oddzielone a dla tańszego kosztu w dalszej prący można puścić w ruch maszynę wiatrową (wentylator) szybu Głębokiego. Co postanowili, to też zrobili. Za kilka godzin po puszczeniu w ruch wentylatora, powstała nowa straszna detonacja, która trafem szczęśliwym powstała w tym poziomie, gdzie nas nie było. Byliśmy o jedno piętro wyżej, w maskach, chcąc zamurować otwór w tzw. trzecim horyzoncie. Pomimo szelestu, jaki nam sprawiało powietrze presowane do aparatu, poczuliśmy straszny łoskot i zachwianie ziemią. Ponieważ te prace wykonywaliśmy z klatki w szybie, prędko daliśmy znak do wyjazdu na wierzch. Wyjechawszy na wierzch całe tłumy znów obstąpiły szyb, chcąc dowiedzieć się, czy wszyscy jeszczęśmy żywi, gdyż z wiatrowego szybu buchał czarny dym i ogień aż na wierzch. Nasze ocalenie przypisywano temu, że siła większa buchnęła do otwartego szybu Głębokiego i w jego stronę, gdzie na szczęście w tym dniu aż do zamurowania przez nas wspomnianego otworu żaden się nie znajdował. Po tym wybuchu uznano, że pożar jest w kopalni ogromnie daleko rozszerzony i że należy ponownie szyby zamknąć i tylko za pomocą aparatów wszystkie pola tych 4 kopalni przejść. Co postanowiono, to się stało wentylator zastawiono 1 szyby zamknięto. Za kilka dni rozpoczęto ponowną pracę z szybu Głębokiego, lecz żaden nie chciał wdziewać na siebie aparatu i jechać do kopalni. Nie pomagały przyrzeczenia 2 koron oprócz swej zapłaty normalnej za zmianę, dodatkowe wynagrodzenie za pół godziny pracy w aparacie, każdy drżał ze strachu, ubrał się w maskę, a kiedy już miał stawać do klatki, by pojechać na dół, krzyczał gwałtu, aby go natychmiast rozebrać, że przecież nie pojedzie na niechybną śmierć. Miłymi rozmowami przedstawianiem bezpieczeństwa przez kierującego inżyniera, zdołano nas nakłonić do podjęcia ponownej pracy tak ryzykownej. Po kilku dniach naszej pracy prowadzonej z półgodzinnymi a później jednogodzinnymi zmianami dotarliśmy do miejsc zamurowań sporządzonych przed kilkoma tygodniami przed ostatnim wybuchem. Tam mogliśmy skonstatować siłę detonacji, gdyż z naszego muru ani jedna cegła na drugiej nie leżała, wszystko było wymiecione. Zmuszeni byliśmy ponownie zamurować wszystkie otwory, naturalnie zabrało to więcej czasu, gdyż tylko trzej zawsze mogliśmy pracować a to jeden murował lub budował zależnie, co było potrzebnem, drugi mu świecił światłem elektrycznym, a trzeci musiał donosić materiał. W ten sposób postępowała praca, że w aparatach przeszliśmy 50 do 100 metrów głównym chodnikiem, zamykając mniejsze boczne chodniki za sobą cienkim murem. Do tych wskazanych metrów sięgały też węże prowadzące powietrze do aparatów. Tam znów zrobiliśmy w aparatach podwójny mur 3 do 4 metrów od siebie oddalony z drzwiami, w których wprawione było małe okienko. Kiedy to było gotowe, posunięto całą pracę o tyle metrów naprzód, miniętą tak zwaną szleisę zdemolowano i znów w aparatach dalej zrobioną nową itd. postępowano do osiągnięcia ponownych 50 lub 100 metrów zależnie od sposobu zrobienia nowego odgraniczenia czyli szleisy. Pierwsze zwłoki zabitych kolegów dwóch znaleźliśmy jakie 20 metrów od głównego chodnika prowadzącego do szybu Głębokiego, w położeniu siedzącym, opartych o ścianę węgla w tak zwanym chodniku wiatrowym. Z pozycji tych nieszczęśliwych było można wywnioskować, że zostali uduszeni bądź zaraz po eksplozji lub później, kiedy szyby zamknięto, z braku powietrza. Kiedyśmy doszli do tak zwanego głównego chodnika wiodącego do 19 tego pokładu, tam na głównym dzieleniu, zwanym wekslu, leżały hałdy zwęglonych i strasznie zszarpanych ciał ludzkich, przywalonych z wierzchu kamieniami. Od tej chwili rozpoczęło się wydobywanie ciał zabitych górników, lecz rzadko trafiono na całe ciało człowieka, tylko albo znaleźliśmy nogę, lub rękę, tułów zaś zeszpecony. Wydawanie ciał następowało w ten sposób, że ciało przynieśliśmy w rękach da szleisy, gdzie już stały przygotowane trumny; do każdej włożono jakie 2 metry płótna, do którego zostało ciało zawinięte dobrze karbolem skropione; trumnę zaś zabito i tak odesłano na wierzch, którą następnie zaraz. odwieziono do umyślnie na cmentarzu karwińskim zbudowanej szopy, z której odbywał się pogrzeb. Wydobywanie ciał nastąpiło już w rok po1 katastrofie i trwało przeszło 2 lata, tak, że już znalezione później ciała, szczególnie więcej popalone, były w zupełnym rozkładzie. Jakie straszne męczarnie musieli ci biedacy znieść, świadczy najlepiej to straszne zszarpanie ciał, lub zwęglenie. Jeszcze gorzej musiało to być u tych, których znaleźliśmy w pozycjach ratunkowych. Na przykład w jednym czole znaleźliśmy koło 20 razem, jednych siedzących, drugich leżących, którzy mieli koszule zdarte z siebie i na głowie zarzucone; jedni trzymali się znów za szyję. Widocznym było, że nie zostali zabici od eksplozji, tylko zginęli od uduszenia. Koło trzech lat trwała tego rodzaju praca, nim przeszukano główniejsze chodniki, by ciała zabitych odprowadzić na przeznaczone miejsce cmentarza. Pomimo tego pewne miejsca, w których górnicy pracowali przed katastrofą, stały się po tejże niedostępne, a to przeważnie prace w rabowaniu, gdyż drzewo podtrzymujące strop, które, nie zostało powybijane przez straszną detonację katastrofy, zgniło zbiegiem czasu, nim zdołano dotrzeć do tych miejsc, a ponieważ strop na pokładzie 19-tym jest słaby, zawalenie było tego rodzaju, iż absolutnie niemożliwym było, ciała tych górników stamtąd wydobyć. Z pewnością ani hr. Larysz ani jego urzędnicy nie mogą przysięgnąć, że wszystkie 330 ofiar katastrofy wydobyto i znajduje się na cmentarzu karwińskim, lecz pewnym jest, że dość wielka liczba pogrzebana jest w grobie koło 240 metrów od poła 19-tego pokładu. Stosowanie liczby wydobytych ciał do liczby górników, którzy zjechali do tego pokładu w ów straszliwy dzień 14. czerwca 1894, jest okłamywaniem publiczności, że wszystkich wydobyto. Umożliwiała to panom ta okoliczność, że niektórzy byli po kawałku odszukani i do trumien złożeni; dlatego liczba trumien była większą aniżeli ciał całych wydobytych. Za to też klerykalny hr. Larysz ze swoim sztabem Jezuitów karwińskich uznali, by dla zagłuszenia wyrzutów sumienia, jakie musiał sprawiać temu panu dokonany mord na tylu robotnikach, dalej dla zagłuszenia płaczu wdów i setek sierót, kazał wybudować skromną kaplicę na polu koło drogi blisko dworu zwanego Henrykowym, na miejscu, gdzie w ziemi w piekle jego kopalni znalazły śmierć setki mężczyzn w pełni wieku i żywicieli swych rodzin. Kaplica wybudowana ma być pomnikiem świadczącym o współczuciu dla dotkniętych katastrofą ofiar ze strony Hrabiego, czyli krokodylą łzą tego pana klerykalnego. Dla górników zaś postępowych kaplica ta jest świadkiem zbrodni popełnionej na górnikach przez nieubłagany wyzysk górniczy i znakiem nadziei pomsty za krzywdy, która nastąpi, kiedy górnicy z pomocą swej, organizacji zmienią dzisiejszy morderczy porządek w górnictwie, który jednych morduje codziennie, a drugiemu przynosi krociowe zyski, z których część małą daje się na kaplicę i kościoły, by te zagłuszyły krzywdę setek wdów i sierot. Poniższa lista ofiar katastrofy górniczej została opublikowana w Gwiazdce Cieszyńskiej i dotyczy wyłącznie szybu "Franciszka". Inżynier Celestyn Racek z Wieliczki, 32 lat, swobodny, sztygar Adolf Flamme z Karwiny, 35 lat, żonaty, pozostawia 1 dziecko, oberhajer Henryk Paździora z Solcy, 36 lat, i żon. 1 dz., hajer Józef Giecek z Niemieckiej Lutyni 20 lat, swobodny, hajer Józef Mikszan z Solcy, 22 lat, sw., hajer Józef Urban z Solcy, 39 lat, żon., 2 dzieci, szychtmajster Karol Kurz z Frysztata, 53 lat, żon., 6 dzieci, sztygar Jan Zednik z Waltersdórfu, 37 lat, żon., 4 dz., oberhajer Piotr Marny z Koblowa, 30 lat, żon., 2 dz, oberhajer Paweł Opioł z Kocobędza, 57 lat, żon., 3 dz., oberhajer Piotr Zielina z Pośredniej Suchej, 39 lat, żon., 5 dz., Jerzy Adamiec z Rzeki, 32 lat, żon., 3 dz., Józef Bartnicki z Barwałdu w Galicji, 37 lat, żon., Paweł Bazgier z Mostów, 34 lat, żon., 2 dz., Ignacy Benda z Jakóbkowa, 42 lat, żon., 5 dz., Ignacy Biela z Wielkich Dróg w Galicji, 39 lat, sw., Ignacy Biłko ze Stonawy, 33 lat, żon., 3 dz., Jan Błażek z Błędowic, 36 lat, żon., Karol Broda z Kaczyc, 16 lat, sw., Jan Błahut ze Ślemienia, 20 lat, sw., Józef Ostafin z Zawoi w Galicyi 23 lat, swobodny, Franciszek Owczarzy z Kaczyc 27 lat, żonaty, Andrzej Owczarzy z Kaczyc 88 lat, żon., pozostawia 3 dzieci, Franciszek Palowski z Karwiny 43 lat, żon., 4 dz., Jerzy Pasterniok z Dolnej Suchej 50 lat, żon., 1 dz., Józef Piechaczek z Kaczyc 26 lat, żon., 1 dz, Jan Plechaczek z Dziećmorowic 39 lat, żon., 2 dz., Józef Poncza z Górnego Cierlicka 47 lat, żon., 6 dz. Karol Poncza z Dolnego Cierlicka 16 lat, sw., Józef Retlik z Gołkowic 36 lat, żon., 3 dz., Jan Recmann z Dolnej Suchej 41 lat, żon., 8 dz., Maurycy Józef Richter z Kątów 43 lat, żon., 4 dz., Tomasz Ryczek z Solu 17 lat, sw., Józef Rojan z Górnego Cierlicka 36 lat, żon., 2 dz., Franciszek Rucki z Łąk 14 lat, sw., Wiktor Zembol z Karwiny 32 lat, żon., 3 dz., Antoni Siwek z Górnej Suchej 35 lat, sw., Franciszek Siwek z Górnego Cierlicka 29 lat. żon., 2 dz., Łukasz Skalski z Gilowic 25 lat, sw., Franciszek Szkandera z Łomnej 18 lat, sw., Wojciech Skrzypek z Cięciny 31 lat, żon., 2 dz., Józef Smachlik z Wielkich Kończyc 15 lat, sw., Józef Socha z Jastrzębia 27 lat, żon., 1 dz.. Franciszek Śpiewok z Karwiny 21 Lat, sw., Jan Szpok z Górnej Suchej 30 lat, żon., 2 dz., Karol Szpok z Górnej Suchej 37 lat, żon.. 2 dz., Józef Sroka z Gilowic 23 lat, sw., Jan Stefek z Śmiłowic 20 lat, sw., Franciszek Stęchły z Mszany 28 lat, żon., 1 dz., Józlef Stuchlik z Wielkich Kończyc 44 lat, żon., 3 dz., Wincenty Studziński z Dziećmorowic 31 lat, żon., 4 dz., Franciszek Stula z Raja 58 lat, żon., 2 dz., Aloizy Zubek z Karwiny 30 lat, żon., 3 dz., Franciszek Surma z Orłowej 44 lat, żon., Józef Surma z Łazów 45 lat, żon., 4 dz., Marcin Surma z Młynnej 34 lat, żon., 2 dz., Józef Swaczyna z Darkowa 38 lat, żon., 8 dz., Franciszek Szczyrba z Cierlicka 20 lat, sw., Jan Szczyrba z Cierlicka 28 lat, sw., Jan Szczyrba z Górnej Suchej 30 lat, żon., 2 dz., Karol Szczyrba z Dolnego Cierlicka 26 lat. żon., 1 dz., Karol Szczyrba z Górnego Cierlicka 19 lat, sw., Ludwik Szczyrba z Karwiny 40 lat, żon., 2 dz., Maciej Szczyrba z Górnego Cierlicka 24 lat, sw., Paweł Szczyrba z Dolnego Cierlicka 15 lat, sw., Stanisław Szotka z Solu 19 lat, sw., Antoni Szewieczek z Karwiny 36 lat, żon., 3 dz., Jan Szymsza z Solcy 36 lat, żon., Paweł Szlauer z Wendryni 34 lat, sw., Paweł Szymurda z OIbrachcic 43 lat, żon., 1 dz., Franciszek Tesarczyk z Karwinej 15 lat, sw., Piotr Tobola ze Stonawy 19 lat, sw., Sebastian Tomczyk z Kurtbanowa 51 lat, zon., 4 dz., Teofil Tomczyk z Wróblowic, 19 lat, sw., Józef Tomaszek z Gilowic 16 lat, sw., Karol Tomaszek z Górnego Cierlicka 17 lat, sw., Paweł Trombala z Pogorza 33 lat, żon., 2 dz., Karol Trzaskalik z Dolnych Błędowic 26 lat, żon., Franciszek Tytko z Karwiny 31 lat, sw., Józef Tytko z Karwiny 36 lat, żon., 2 dz., Jan Uherek ze Starego Miasta 31 lat, żon., 3 dz., Paweł Unucka z Tyry 23 lat, sw., Paweł Waloszek ze Skrbenskiego 29 lat, żon., 1 dz., Karol Winkler z Górnego Cierlicka 30 lat, zon., Józef Wojkowski z Karwiny 29 lat, żon., 2 dz., Jakób Witas z Kamesznicy 35 lat, żon., 4 dz., Karol Wojtowiec z Luszowic 17 lat, sw., Franciszek Wątroba z Karwiny 43 lat, żon., 3 dz., Izydor Zagan z Zebrzydowic 26 lat, sw., Antoni Zahraj z Darkowa 29 lat, żon., 1 dz., Józef Żak z Barwałdu Górnego w Galicji 16 lat, sw., Jan Zychol z Zabierzowa 26 lat, sw., Franciszek Żydek z Szobiszowic 19 lat, sw., Józef Żydek z Pitrowa 16 lat, sw., Józef Dzik z Łazów 39 lat, żon., 1 dz., Franciszek Bąk z Ślemienia 16 lat, sw., Jan Bąk z Ślemienia 19 lat, sw., Jan Węgrzyn z Pogorzan 29 lat, sw., Franciszek Bednarz z Niemieckiej Lutyni 36 lat, żon., 4 dz., Wojciech Kuciel z Grojca 28 lat, sw., Jan Pieprzyk z Liplacu 38 lat, żon., 4 dz. KWK Armii Czechosłowackiej więcej zdjęć (46) Zbudowano: 1843 Dawniej: Kopalnia Węgla Kamiennego "Jan" 31 grudnia 1951 roku kopalnia została połączona z kopalniami "Jindřich", "Františka" i "Hlubina" tworząc "Důl Československé armády". W roku 1995 dołączono doń kopalnię "Doubrava". Obecnie pozostala tylko kopalnia "ČSA". Dzielnica Doły (Doly) więcej zdjęć (18) |