Forum Skyscrapercity, zdjęcie 1300px:
Duże zdjęcie - link bezpośredni:
Blog: Miniatura podlinkowana do dużego zdjęcia na fotopolsce:
Duże zdjęcie: link do zdjęcia:
Miniatura: link do miniatury:
Kamień węgielny został wmurowany latem 1906 roku przez inwestora, barona Herberta von Massowa. Niektóre publikacje polskojęzyczne podają rok 1903 jako datę rozpoczęcia budowy. Stoi to w sprzeczności ze źródłami niemieckojęzycznymi, które są zgodne, że rozpoczęcie budowy nastąpiło w 1906 roku. Również autorytet w sprawie historii miasta - Willi Gillmann w ,,Chronik der Stadt Leba”, wymienia 1906 rok.
Pierwsi goście zawitali w progi Domu Kuracyjnego w lipcu 1907 r. mimo, że jeszcze w części gospodarczej i przy urządzaniu terenu trwały prace wykończeniowe. Trzeba nadmienić, że ówcześnie do wód lub na wywczasy jeździli wyłącznie ludzie zamożni. W dobrym tonie było pokazanie się w modnym kurorcie, gdzie przy okazji spotkań towarzyskich, nawiązywano kontakty gospodarcze i polityczne. Łeba dzięki powstaniu domu zdrojowego o wysokim standardzie, posiadała znakomite ku temu warunki.
Po kilkunastu miesiącach budowy, 23 września 1907 roku nastąpiło uroczyste otwarcie obiektu. Głównym materiałem budowlanym była biała, a nie tradycyjna czerwona cegła, której Lębork był znaczącym producentem na arenie ponadregionalnej. Powód użycia takiego właśnie materiału był bardzo prosty. Otóż baron von Massow oprócz posiadłości ziemskich i licznych nieruchomości, był właścicielem cegielni w Pogorzelicach, gdzie produkowano właśnie białą cegłę. Innym rodzajem budulca były ciosane kamienie granitowe, których użyto przy wznoszeniu wieży.
Dom Kuracyjny przeznaczono do wykorzystania wyłącznie w sezonie letnim i z wyjątkiem prywatnego mieszkania właściciela, nie posiadał ogrzewania. Dopiero na początku lat trzydziestych przystosowano go do działalności całorocznej, instalując w części budynku centralne ogrzewanie.
Potężny sztorm z wiatrem NN, szalejący nad południowymi brzegami Bałtyku 6 lutego 1911 roku, poczynił ogromne szkody w umocnieniach nadmorskich. Ucierpiało przy tym najbliższe otoczenie Kurhausu poprzez podmycie, a następnie zniszczenie części wydmy, na której był posadowiony. Zaistniała realna groźba ,,wypłukania” budynku i katastrofy budowlanej. Na szczęście skończyło się tylko na strachu, chociaż dom nadal był zagrożony.
Trzy tygodnie później specjalna komisja, składająca się m.in. z wysokich urzędników państwowych i inżynierów, dokonała wizji lokalnej terenu. Niestety nie wiemy do jakich ustaleń technicznych doszła komisja, bo dokumenty się nie zachowały, w każdym razie dom został zamknięty i nie zezwolono na prowadzenie działalności.
Dotychczasowy właściciel nie miał koncepcji uratowania obiektu, więc chciał się go pozbyć, tracąc przy tym niestety grubo ponad sto pięćdziesiąt tysięcy ówczesnych marek. W podjęciu decyzji pomógł mu sztorm, szalejący w lutym 1913 roku. 27 lutego tegoż roku właściciel hotelu w centrum miasta (obecnie Kościuszki 66), Max Nitschke, nabył zagrożoną nieruchomość za symboliczne pieniądze. Zapłacił tylko za teren i bardzo niewielką kwotę za budynek (po cenie materiału rozbiórkowego) oraz sprzęty i meble. Po zapisach notarialnych przystąpił niezwłocznie do prac zabezpieczających, aby nie dać się ubiec kolejnej nawałnicy).
Nitschke dokonał bardzo kosztownego opasania wydmy na poziomie plaży betonową opaską (murem) o odpowiedniej wysokości, grubości i głębokości, oraz polecił dodatkowo wbicie drewnianej palisady bezpośrednio przed tą konstrukcją. Niezbędnym zabiegiem było też powtórne usypanie wydmy przed Domem Kuracyjnym, co wiązało się z przemieszczeniem kilku tys. metrów sześciennych piasku. Powtórnego otwarcia obiektu dokonano w sezonie 1913 roku.
W styczniu 1914 roku znowu nadciągnął wielki sztorm, który ponownie zniszczył wydmę i dokonał daleko idących szkód w otoczeniu. Kolejna trwoga o Kurhaus, gdyż wszystkie wcześniej wykonane zabezpieczenia zawiodły i uległy żywiołowi. Nienaruszona pozostała jedynie betonowa opaska i palisada. W późniejszym okresie stanowiła ona powód do dumy właściciela hotelu, który w rozmowach często nawiązywał do tego wątku. Po raz kolejny zawisła groźba utraty tego architektonicznego klejnotu. Najbardziej ucierpiała północno-zachodnia strona, gdzie szalejące fale morskie niemalże odsłoniły i podmyły fundamenty.
W momencie, kiedy wydawało się, że walka jest przegrana, w mieście ogłoszono pospolite ruszenie. Prawie wszyscy mężczyźni przybyli na wydmy z łopatami i workami, aby ratować symbol swojego miasta. Pobliskie majątki oddały do dyspozycji wozy i ludzi ze sprzętem oraz workami. Napełniano je piaskiem i rzucano wprost pod nacierające fale.
I tym razem człowiek zwyciężył z nieprzewidywalną naturą, budynek dalej stał dostojnie i królował nad łebskimi plażami. Dobry duch czuwał nad zameczkiem, który nękany kataklizmami, kolejny raz nie pokłonił się wyjącym, morskim falom.
Po wykonaniu koniecznych robót ziemnych na wydmie i zasadzeniu roślin, przywrócono jej wygląd sprzed sztormu. Ponownego otwarcia domu dokonano w Zielone Świątki tego samego roku. Trochę później zostały wykonane w wodzie drewniane falochrony, prostopadle do linii horyzontu, które zachowały się do dziś.
Ten atakowany przez żywioły obiekt, nigdy nie oddał morzu nawet kawałka cegły ze swojej substancji. Jakieś nieprawdopodobne szczęście miało w opiece solidne mury i ich nowego właściciela. O innym rodzaju szczęścia mógł mówić Nitschke w 1935 roku, gdy wyszedł z sali rozpraw Sądu Najwyższego Rzeszy. Jak się tam znalazł uczciwy hotelarz z Łeby? Ni mniej, ni więcej, tylko po nabyciu Domu Kuracyjnego od barona von Massowa jako obiektu rozbiórkowego, Nitschke przywrócił budynek do pełnienia funkcji pierwotnych.
Baron von Massow czuł się oszukany i zarządał od nowego właściciela zapłacenia różnicy wartości obiektu. Wszak pomiędzy dobrze prosperującym hotelem, a obiektem do wyburzenia, jest ogromna różnica wartości. Nitschke nie miał zamiaru dopłacać, na co baron wytoczył mu proces. Takim to sposobem, przez 22 lata dawny i nowy właściciel Kurhausu spotykali się na salach sądowych, aż w końcu zapadł wyrok ostateczny na korzyść Nitschkego.