|
starsze nowsze oceń zdjęcie | skomentuj ocenę | 1 głos | średnia głosów: 6
1900 , Kościół św. Ducha (opis na aukcji - schody do promenady 1900 r)Skomentuj zdjęcie |
2 pobrania 215 odsłon 6 średnia ocen Poprzednie i następne zdjęcia Wojciech Szuba Obiekty widoczne na zdjęciu pl. Plac Świętego Ducha więcej zdjęć (7) Dawniej: Plac 22 Lipca Heiligegeistplatz (Plac św. Ducha). Plac usytuowany na dawnym przedmieściu przed Bramą Pyrzycką, przy kościele św. Ducha. Przynajmniej do 1885 r. ten odcinek nosił odrębną nazwę An der heil. Geist. Kirche obejmując zaledwie 4 numery (w tym szpitale Jobsta i św. Ducha oraz domy kantora i pastora). Z placu odchodziły: Jobstr. (ul. Stefana Czarnieckiego), Pyritzerstr. (ul. Prezydentów RP Lecha Kaczyńskiego i Ryszarda Kaczorowskiego), Ihnastr. (ul. Popiela), Heiligegeiststr. (ul. Bogusława IV). Budynek z flagą na dachu był siedzibą dowództwa podokręgu i garnizonu stargardzkiego, był tu także punkt rekrutacyjny dla poborowych z kilku powiatów oraz areszt garnizonowy. -------------- Wspomnienia Alexa Schlosser Porucznik 9 Dywizja Spadochronowa :W sztabie dało się wyczuć przygotowania do jakiejś większej operacji. Byłem zbyt niski stopniem by być wówczas wtajemniczonym. Poza tym byłem oficerem frontowym, nie sztabowym. Widać było jednak wzmożony ruch, pojawił się generał wprost z Berlina. Do Stargardu wciąż docierały kolejne jednostki.Podlegający mi oddział miał wówczas wiele roboty, ja zresztą również. Jeżdziliśmy po całym obszarze rozlokowania wojsk z rozkazami, ale też byliśmy wysyłani na zwiad. Kilkukrotnie zetknęliśmy się z żołnierzami sowieckimi. Byli pewni siebie, co często stanowiło dla nich zgubę. Ich przewaga sprzętowa była wyraźna, ale w bezpośredniej walce większość nie mogła równać się spadochroniarzom. Jednak z reguły unikaliśmy walki, nie była ona wówczas naszym zadaniem. Wysłano mnie z rozkazem dla dowódcy SS Wallonien. Musiałem odnaleźć go gdzieś w okolicy Witkowa. Przemknąłem ulicą Mieszka I w stronę wyjazdu w kierunku Pyrzyc. Jechał ze mną Rudi, desantowaliśmy się razem na Krecie. Jakimś cudem przeżyliśmy wówczas bitwę z nowozelandczykami. To było piekło, straciłem tam wielu przyjaciół. Teraz razem z Rudim przejechaliśmy przez Bramę Pyrzycką i tuż przed Kościołem Św. Ducha niemal zderzyliśmy się z wojskowym volkswagenem. Okazało się, że jechał nim do miasta dowódca belgijski Degrelle. Mieliśmy szczęście, że się nie minęliśmy. Stanęliśmy przy wejściu do świątyni. Przekazałem mu rozkazy. Zapaliliśmy wszyscy papierosy i krótko porozmawialiśmy o sytuacji. Mówił ze śmiesznym akcentem. Widać było po nim wolę walki i determinację. Typowy oficer z pierwszej linii. Ale nie rozumiałem co on tutaj robi. Doskonale pamiętałem swoją pierwszą akcję tej wojny. Desant szybowcowy na belgijską twierdzę Eben-Emael w 1940 roku. Pokonaliśmy wówczas właśnie Belgów. Dlaczego walczyli oni teraz w niemieckich mundurach ? Przecież ich rodacy traktowali nas jak wrogów. Nie wiem. Rudi pokazał palcem na ulicę Śląską/Wilhelmstrasse – Tam mieszkają moi rodzice – powiedział – tu się wychowałem. Dzięki spotkaniu z Degrelle zyskaliśmy dużo czasu. Puściłem Rudiego do domu rodzinnego, a sam pojechałem do własnego. Musiałem wreszcie przeczytać list od Anny. Znów jechałem drogą w kierunku cmentarza. Na skrzyżowaniu stali żandarmi, ale znali mnie już z wielu przejazdów, więc machnęli jedynie – jechać! W mieszkaniu panowała przygnębiająca cisza. Słychać było ciche cykanie zegara wiszącego na ścianie. Nikt nie palił w kaflowych piecach, więc pokoje były nieprzyjemnie wyziębione. List od Anny leżał tam gdzie powiedział mój ojciec. „Najdroższy, jeśli czytasz ten list to znaczy, że jest po wszystkim i wróciłeś do domu. Jeśli tak się stało, jestem bardzo szczęśliwa. Musiałam go zostawić Twojemu ojcu, gdyż poczta przestała już działać w Stargadzie. Wyjeżdżam z wujostwem do ich przyjaciół w Dreznie. Może tam front nie dotrze, a miasto chyba jest zbyt daleko aby było bombardowane. Napiszę do Ciebie jak będę tylko mogła. Kocham Cię. Twoja A.“ Oczywiście list był znacznie dłuższy. Znów przywołał wspomnienia lata 1944 nad naszym Miedwiem. Słońce, plaża, żadnych odgłosów wojny. Jakby jej nie było. Tylko moje poranione wówczas ciało przypominało skąd wróciłem i dokąd znów będę musiał wrócić. A teraz, w tym zimnym, pustym domu rodzinnym, z wyraźnymi odgłosami artylerii zastanawiałem się co dalej. Trudno mi było wyobrazić sobie normalne życie, bez huku dział, szumu pocisków, bólu, krwi i śmierci. Niestety moja droga Anno – pomyślałem – wróciłem, ale nie jest jeszcze „po wszystkim“. Źródło FB: Stargard in Pommern (W.S) |