chodziłem do siedziby Schlesische Funkstunde we wsi Krzyki, wcielonej do gminy - idylii u bram wielkiego miasta. Absolutnie nieprzyzwoicie nowoczesny, stojący pośród drzew, szyn tramwajowych, kup gnoju i eklektycznych willi, budynek radia, monstrum, wspaniały cud techniki, przypominał raczej urząd pocztowy lub bank albo szpital. A ci, którzy tam pracowali, mieli w sobie - odpowiednio do tej mdłej, bezbarwnej, anormalnej powierzchowności - również coś mdłego, bezbarwnego, anormalnego. Coś bardzo nienaturalnego. W ich zachowaniu czuło się przeintelektualizowaną, napuszoną wyższość. Sprawiali na mnie wrażenie ludzi, którzy robia wszystko "tak jakby".
W budynku radia - o czym dowiedziałem się już wtedy, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg tego monumentu przypominającego gmachy Chicago - była również kantyna. W tejże kantynie, z piwnicznym sklepieniem, przypominającej klasztorny reflektarz z długimi stołami, przykrytymi łatwo zmywalnymi obrusami z ceraty, przewijało się rozgadane, wielobarwne towarzystwo. Towarzystwo, w którym istniał podział hierarchiczny: zatrudnieni na stałe pracownicy administracji, ale także zabezpieczeni umową muzycy i śpiewacy, i twórcy słuchowisk radiowych po jednej stronie, po drugiej stronie bardzo wiele niezwiązanych "wolnych" bytów, jak również panowie i panie współpracujący zawodowo z chórem lub orkiestrą. Przy bocznych stołach siedzieli "pedantyczni krytycy", jak na przykład Karl Szuka czy Leonhard Hora, czy Herbert Balinger, którzy wypuszczali ku sklepieniu piwnicy zeppelina z dymu i ciągle sączyli kawę z kubków z grubej bolesławieckiej ceramiki, która nie pękała nawet wtedy, gdy ktoś próbował ją ugryźć...."
bonczek/hydroforgroup/2005 na podstawie wspomnień Wolfganga Schwarza opublikowanych w książce "Odłamki mojego świata" Wrocław 2002