Świadkowie zapamiętali niesamowitą scenę ,połączoną z groteską . Obok leżeli zabici , jęczeli ranni a tymczasem konduktorka zdjęła swój służbowy beret i z wielką troską czyściła nim zakrwawione i zabłocone szyby tramwaju . Była w szoku . Wkrótce cały szczecin był w szoku .
Panoramę tego rejonu Szczecina zmieniła żelbetonowa konstrukcja Trasy Zamkowej , wciskająca się między Zamek Książąt Pomorskich z południowej a kościołem św. Piotra i Pawła z północnej strony . W 1967 roku budowa Trasy Zamkowej była tylko w mglistych planach a wiodąca od placu Hołdu Pruskiego do Nadbrzeża Wieleckiego ulica Wyszaka wprawdzie nie była najważniejszą arterią ale w systemie komunikacyjnym spełniała swoją rolę . Przede wszystkim w ruchu tramwajowym .
Szczecińskie tramwaje w kolorze kości słoniowej , oryginalnych barwach niemieckich jeździły bez widocznych przeróbek i modernizacji .
To prawda że w zniszczonym przez alianckie bombardowania mieście brakowało pieniędzy na najpilniejsze potrzeby komunikacyjne , a wielu szczecinian nie wierzyło że miasto pozostanie w Polsce. Nic zatem dziwnego że pochodzący z Poznania pierwszy polski prezydent Szczecina Piotr Zaremba w końcu 1945 roku zgodził się sprzedać swojemu rodzinnemu miastu 16 wagonów silnikowych i 14 doczepnych .
I chociaż w następnych latach część taboru wymieniono na nowy , to nadal stan techniczny szczecińskich tramwajów i torowisk pozostawiał wiele do życzenia .
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia ale tamtego ranka ci , którzy jechali pechową „szóstką” o świętach nie myśleli .
Jedni zmęczenie wracali z nocnej zmiany inni spieszyli się do pracy lub szkół.
Było zimno ,padał deszcz ze śniegiem .
W nocy z 6 na 7 grudnia 1967 roku 34-letnia Krystyna Pressejsen spała źle .
Śniły się jej przewracana tramwaje . Sen ten opowiedziała dyspozytorowi gdy o 4.37 objęła służbę jako motornicza na linii numer 6 . Pani Krystyna po prostu bała się tej linii . Była najbardziej obciążona ze wszystkich . Starzy doświadczeni motorniczowie nie chcieli prowadzić „szóstek” . I jakoś sobie to załatwiali z dyspozytorami , którzy na te linie przydzielali młodych pracowników . Takim jak pani Krystyna która w MPK pracowała niespełna rok .
Tego dnia przydzielono jej pociąg składający się z wagonu silnikowego N z 1954 roku oraz dwóch poniemieckich wagonów z jednymi drzwiami w środku .
Krótko przed godziną 6.30 pani Krystyna zatrzymała tramwaj na placu Żołnierza
i poszła do dyżurnego , powiedzieć że nie chce dalej jechać . Tramwaj jest przepełniony i może dojść do wypadku . W trzech wagonach w sumie było ponad 500 osób czyli dużo więcej niż przewidują normy .
Odpowiedź dyspozytora była krótka – Musi pani jechać !
Pani Krystyna próbowała jeszcze przeganiać pasażerów stojących a raczej wiszących na stopniach wagonów ale usłyszała jedynie epitety .
A więc pojechała . Była godzina 6.35 „szóstka” mijała kościół św . Piotra i Pawła
, gdzie rozpoczyna się dość stromy zjazd aż do brzegu Odry . I w tym momencie nastąpiła awaria hamulców . Nabierając z każdym metrem prędkości „szóstka” pędziła w kierunku brzegu rzeki . Od brzegu zjeżdżający w dół tramwaj dzieliły jednak trzy zakręty .
Na tej trasie konduktorki wagonów starały się być blisko hamulców ręcznych by w razie czego wspomagać motorniczych . I nie było inaczej tego dnia Władysława Szczyt i Teresa Radzinkiewicz czując że tramwaj jedzie zbyt szybko zaczęły kręcić kołami hamulców .
Bezskutecznie .
Tymczasem „szóstka” błyskawicznie zbliżała się do pierwszego zakrętu .
Niektórzy wiszący na stopniach pasażerowie zaczęli wyskakiwać .
I w tym momencie tramwaj wypadł z szyn . Pierwszy i drugi wagon przewróciły się , przygniatając tych którzy nie zdążyli wyskoczyć . Drugi wagon ściął jeszcze słup trakcji elektrycznej .Oba wagony siła rozpędu sunęły w dół , zostawiając za sobą plamy krwi .Trzeci wagon także wypadł z szyn ale nie przewrócił się . Ciemności grudniowego poranka , okryły miejsce najtragiczniejszej – jak się miało okazać – katastrofy tramwajowej w powojennej Polsce .Na miejscu zginęło siedem osób dziesiątki było rannych .
Ocknęłam się –wspomina pani Krystyna po latach – zobaczyłam koło siebie kobietę z przeciętymi nogami . Ja wisiałam na nastawnicy . Zdjęli mnie ludzie , nic mi się nie stało .
Gdyby tramwaj się nie przewrócił zmiótłby stację benzynową i wleciał do Odry . Wszyscy by się utopili.
br />
Nikt ze służb ratunkowych nie zadawał sobie sprawy z rozmiarów tragedii . Obsługa dźwigu pogotowia technicznego , która przybyła na miejsce myślała że tramwaj tylko wyskoczył z szyn . A tu przewrócone wagony , zabici i ranni .
Jakby mało tego ranka nieszczęść , podczas akcji ratunkowej doszło do kolejnego .
br />
Kiedy dźwig podnosił jeden z wagonów , pękła lina i wagon z wysokości kilkudziesięciu centymetrów spadł na leżących na ziemi rannych .
Na miejscu wypadku zaczęli gromadzić się ludzie . Zatrzymywano przejeżdżające samochody i kierowano z rannymi do szpitali. Przybywały pierwsze sanitarki , straż pożarna , funkcjonariusze MO . Akcję utrudniał mrok . Dopiero oświetlenie miejsca tragedii pozwoliło usprawnienie akcji ratunkowej.
Z lakonicznych informacji PAP informowało że na miejscu zginęło 7 osób kolejnych 8 zmarło w szpitalach . Jaka była faktyczna liczba ofiar tragedii ? Gdy 15 grudnia w jednym z Poznańskich szpitali zmarła szesnasta ofiara .
Służba Bezpieczeństwa podejrzewała sabotaż . Wydany oficjalny komunikat rozwiązał wszystkie wątpliwości . Ustalono że przyczyną wykolejenia pociągu tramwajowego „była nadmierna szybkość jaką uzyskał on na spadku przy dojściu do łuku torowiska w wyniku awarii elektromagnetycznego układu hamulcowego , uruchamianego za pomocą silników „
Po tej katastrofie zamknięto dla ruchu tramwajowego ulicę Wyszaka .
br />
Głos Wielkopolski - Leszek Adamczewski