Wrocław nasz ! 14 marca 1945 zostałem przez Radę Ministrów zamianowany prezydentem m. Wrocławia, który jeszcze nie był nasz, ale musiał być nasz! 13 kwietnia pojechaliśmy na zwiady. Było nas trzynastu, wyjechaliśmy trzynastego w piątek, a na dobitek przejechaliśmy pod Krzeszowicami czarnego kota. To wszystko fraszka! Wrocław musi być i tak nasz! Trzynastu – zdawałoby się szaleńców, a więc inż. Kuligowski, wybitny organizator i mechanik, kronikarz naszej trzynastki, dziennikarz, reporter, fotograf – słowem: Wionczek, dalej teatralnik Kabaja, świetny fotograf-amator, Adaś Drozdowski, kilku szoferów PPS-owców, szofer Rosjanin, Kartoszkin, przydzielony mi jeszcze przez władze sowieckie w Lublinie, trzech inżynierów z Radia z por. Szorem na czele. Przejeżdżaliśmy wsie i miasteczka i nie spotkaliśmy ani jednego „cywilnego”, domy otwarte, inwentarz gospodarczy na polach i wszystko to czekało na nas, abyśmy przyjechali, zajęli, zagospodarowali. Dojechaliśmy do placu Hindenburga we Wrocławiu, dalej już nie wolno było się posuwać. Naokoło morze płomieni. Jedyna troska nasza, to los tego milionowego miasta, czy aby nie zastaniemy takich ruin, jakie przedstawiała z końcem stycznia 1945 r. Warszawa. A choćby jeden kamień został we Wrocławiu – to i tak będzie nasz. Wyjeżdżaliśmy z Wrocławia po paru dniach i gdy byliśmy jeszcze widoczni dla Niemiaszków, zaczęli nas gwałtownie ostrzeliwać. Ale jakoś nie imały się nas kuleczki faszystowskie. Nasza „Dodżka” kpiła sobie z Niemiaszków. Powiedzieliśmy sobie, że minie jeszcze parę dni a wrócimy z wielkim biało – amarantowym sztandarem, zawiesimy go na ratuszu wrocławskim i głośno hukniemy w świat: Wrocław jest nasz! A 9 maja wjeżdżaliśmy do palącego się Wrocławia dumni, że to my właśnie krzyczymy w ślepia pruskie: Wrocław będzie na zawsze nasz! W „pierwszej ekipie” wrocławskiej, której będę przypinał we Wrocławiu pamiątkowe żetony, byli też uczeni nasi z rektorem dr Kulczyńskim na czele, był przemiły księżulko, kanonik Jagosz, pastor Niemczyk, słowem wrocławska arka Noego. Było nas już czterdziestu, a w tej liczbie większość pepeesiaków. Całe noce strzelano na ulicach, pożary wybuchały co chwilę. Wszystko to nie peszyło nikogo z nas. Jedli na stojąco, spali na siedząco. Noc trwała 4 do 5 godzin, dzień pracy do 20 godzin. Szalał gdzieś na gazowni śp. Seifert i Nawara, w elektrowni Drobut, tramwaje odgrzebywał staruszek, ale dziarski Mech, bracia Dziewońscy harowali w wodociągach, ale po cóż wyliczać ich każdego z osobna. Prześcigali się w pracy. Tworzyli cuda! Tworzyli polski Wrocław! Kiedy dzieki politycznym przesunięciom opuszczałem po miesiącu Wrocław po defiladzie naszej X Dywizji, która deptała swymi nogami setki sztandarów hitlerowskich ze swastyką, żegnaliśmy się – wrocławscy pionierzy omal ze Łazami w oczach. Wspominam tych czterdziestu pionierów wrocławskich z żalem, ale i z dumą, bo przekonałem się raz jeszcze, że ludzie rzuceni na głęboką wodę uczą się łatwo pływać i na Odrze świetnie kierują żaglami. Wbrew Churchillom Wrocław jest nasz, ale co najważniejsze, będzie już na zawsze nasz! Fragment wspomnień B. Drobnera po raz pierwszy opublikowany w Dzienniku Polskim z 9 maja 1947 roku. Zapożyczony z książki B. Drobnera pt: "Na posterunku" Spółdzielnia Pracy i Użytkowników "Czytelnik" Kraków 1948 r