Dzięki relacji polskiego oficera możemy zrekonstruować przebieg przygotowań do owianej tajemnicą próby zamachu na wodza III Rzeszy. Hitler, odbierając 5 października 1939 r. w Warszawie defiladę Wehrmachtu, znalazł się o krok od śmierci. Ładunek, obok którego przejechała jego limuzyna, musiał zabić każdego w promieniu stu metrów. Jednak 500 kg uzbrojonego trotylu nie wybuchło. Powodów nikt nigdy nie wyjaśnił. "Newsweek" dotarł do relacji jednego z głównych bohaterów dramatu - por. Dominika Żelazko. Rzuca ona nowe światło na tajemniczą próbę zamachu na wodza III Rzeszy.
Warszawa skapitulowała 27 września 1939 r. W atmosferze powszechnego przygnębienia oczekiwano wejścia Niemców do miasta. Następowało ono sukcesywnie od 1 października. 5 października okupanci zamknęli ruch w śródmieściu. Nie sposób było dostać się w Aleje Ujazdowskie, Książęcą, Nowy świat czy na Krakowskie Przedmieście. Na ulicach pojawiły się flagi ze swastyką i setki policyjnych patroli. Na wyższych gmachach ustawiono karabiny maszynowe, a nielicznym nie wysiedlonym mieszkańcom pod groźbą śmierci zakazano otwierania okien lub opuszczania mieszkań i domów. Tego dnia Hitler wylądował na Okęciu. Następnie pojechał w Aleje Ujazdowskie, gdzie przez kilka godzin przyjmował defiladę zwycięstwa. Po defiladzie udał się Alejami Ujazdowskimi i Nowym światem na objazd pokonanego miasta. Zakończył go na placu Marszałka Piłsudskiego. Rezygnując nawet z posiłku, wrócił do Berlina. śpieszył się, gdyż następnego dnia czekało go historyczne wystąpienie w Reichstagu. Apelował do Anglii i Francji o "przerwanie tej bezsensownej wojny": "W jakim celu ma się teraz prowadzić wojnę na zachodzie? Dla odbudowania Polski? Polska traktatu wersalskiego nigdy więcej nie powróci do życia". Tego samego dnia służby porządkujące Warszawę po defiladzie, na odcinku Nowego światu tuż obok Banku Gospodarstwa Krajowego, znalazły 500 kg trotylu. Ładunek - ukryty w prowizorycznie przykrytym deskami wykopie - był uzbrojony. Druty biegły pod jezdnią do znajdujących się naprzeciwko ruin dwupiętrowego budynku kolejowego (po wojnie w tym miejscu stanął gmach Komitetu Centralnego PZPR). Jak to się stało, że kanclerz III Rzeszy uniknął śmierci?
Pierwszy dowódca polskiego państwa podziemnego gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski zapisał we wspomnieniach, że "z kolegą przewidzianym na szefa dywersji" omówił "założenie ładunku pod budynkiem Dyrekcji Kolei i zorganizowanie odpalenia go w momencie przewidywanego tamtędy przejazdu Hitlera po prawdopodobnej defiladzie zwycięstwa". Potwierdza to także mjr Janina Karasiówna, szefowa łączności Służby Zwycięstwu Polski: "Indywidualnie zlecono majorowi Niepokólczyckiemu ( pseudonimy "Franek" , "Teodor") zadanie zorganizowania zamachu na Hitlera podczas przewidywanych uroczystości i defilady wojskowej zwycięskich Niemców w zdobytej Warszawie. Miał być zrobiony wykop na rogu alei Trzeciego Maja i Alei Jerozolimskich w czasie przymusowego równania barykad ulicznych oraz założony materiał wybuchowy, doprowadzony lont miał być zapalony we właściwym czasie z sąsiedniej piwnicy". Według jej relacji do zamachu na Hitlera nie doszło, gdyż nie udało się przygotować instalacji umożliwiającej odpalenie ładunku. Z kolei gen. Tokarzewski wyjaśnia, że ukryty w ruinach "posterunek wystawiony przy założonym ładunku" nie zorientował się, że Hitler przejeżdża obok, a obserwatorzy, którzy mieli go o tym poinformować, nie zdążyli tego uczynić, bo zostali "zepchnięci z odcinka", gdy gestapo "czyściło ulice z publiczności". Po latach gen. Tokarzewski tłumaczył Janowi Nowakowi-Jeziorańskiemu, że do zamachu nie doszło, bo defilada zaskoczyła spiskowców, a zamknięcie ulic przez Niemców spowodowało, że mjr Niepokólczycki nie dotarł tego ranka na miejsce. Z kolei obserwator, nie wiedząc, kto przyjmuje defiladę - Hitler, Blaskowitz czy Brauschitsch - "zawahał się i nie dał znaku do odpalenia detonatora w chwili, gdy korowód aut w szybkim tempie przemknął mu przed nosem".
Zdawałoby się, że wszystko jest jasne i udokumentowane. Ale w powyższych relacjach historycznych, poza nazwiskiem Niepokólczyckiego, nie pada ani jedno nazwisko wykonawcy zamachu. Mjr Franciszek Niepokólczycki, jedna z najwspanialszych postaci Polski Walczącej, nigdy tych relacji nie potwierdził (zmarł w 1974 r.). Co więcej, kategorycznie zaprzeczał, by miał cokolwiek wspólnego z warszawskim zamachem na Hitlera. Na domiar złego, co mógł udokumentować, od 1 do 13 października 1939 r. nie było go w stolicy. Dotarliśmy do nazwisk prawdziwych bohaterów tej historii. Przyjęliśmy założenie, że byli saperami i mieli techniczną możliwość założenia ładunku wybuchowego. Ustaliliśmy losy oficerów saperów, których zadania wrześniowe i pokapitulacyjne wiązały się z centrum Warszawy. Wydawało się wielce prawdopodobne, że owe 500 kg trotylu mogło pochodzić z nieodległego mostu Poniatowskiego. Most po kapitulacji rozbrajali żołnierze z 60. saperskiego batalionu armijnego. Batalion ten stacjonował tuż obok, przy ul. Książęcej, a dowodził nim we wrześniu mjr Franciszek Niepokólczycki. Jeśli przyjąć, że Niepokólczycki komukolwiek zlecił takie zadanie, to wyłącznie ludziom, którym bezgranicznie ufał. To przypuszczenie prowadziło prostą drogą do dowódcy I kompanii saperów por. Franciszka Unterbergera, do dowódcy 3. zmotoryzowanej kompanii saperów kapitana Edwarda Brudnickiego oraz do por. rezerwy Czesława Sawickiego - prymusów Centrum Wyszkolenia Saperów w Modlinie, a we wrześniu 1939 r. oficerów najbliższych Niepokólczyckiemu. Ale żaden z nich nie pozostawił najmniejszego śladu swego udziału w tej sprawie. Kluczem do zagadki okazał się por. Dominik Żelazko, odnaleziony dzięki pomocy rodziny por. Unterbergera. Dopiero jego relacja pozwoliła zrekonstruować przebieg przygotowań do zamachu.
W pierwszych dniach września kompania porucznika Unterbergera walczyła pod Mławą w tak zwanym Piekiełku. Por. Żelazko dowodził plutonem. W ogniu walk wraz z kilkunastoma ludźmi znalazł się poza oddziałem. Gdy połączyli się z macierzystą kompanią, spotkał ich zarzut dezercji z pola walki i groźba sądu polowego z jedną tylko karą, jaką za podobne przewinienie przewiduje prawo wojny. Por. Dominik Żelazko, bez broni i wojskowego pasa, znalazł się w Warszawie. Na kwaterach przy ul. Książęcej czekał na swój nieuchronny los. Ale kilka dni przed kapitulacją stolicy przyprowadzono go do dowódcy batalionu mjra Niepokólczyckiego: "Daję panu porucznikowi do wyboru: albo sąd, albo zadanie, którego pomyślne wykonanie zmaże z pana wszelkie podejrzenia i wszelkie winy. Proszę wybierać". Żelazko wybrał zadanie, które w istocie było wyrokiem śmierci. Miał pobrać z magazynu przy ul. Burakowskiej kilka ton trotylu i dowieźć ten ładunek pod ostrzałem na róg ul. Książęcej i Rozbrat. W czarny poniedziałek 25 września, gdy spadło na Warszawę 560 ton bomb burzących i 72 tony bomb zapalających, w dniu, w którym od świtu nawet na chwilę nie ustawał ostrzał artyleryjski, por. Żelazko ul. Miodową, Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem kierował transport załadowanych trotylem wozów taborowych. Konie trzeba było prowadzić za uzdę, żeby się nie spłoszyły. Ponieważ po drodze mijali kościoły, których na tym szlaku było wiele, kazał żołnierzom głośno odmawiać "Ojcze nasz", "Zdrowaś Maryja" i "Pod Twoją obronę". Szli kilka godzin. Co jakiś czas wyprzęgali padłe konie. Gdy nieopodal Gazowni Warszawskiej por. Żelazko przekazywał ładunek Unterbergerowi, ten tylko przytulił go do piersi i powiedział: "Panie poruczniku, udowodnił pan, że nie jest dezerterem, a jeśli uda nam się to, co zamierzamy, będzie pan bohaterem".
W dalszych pracach por. Żelazko nie brał udziału. Wiedział tylko, że jeden ładunek został umieszczony obok politechniki na wysokości ul. Lwowskiej (na wypadek, gdyby Hitler wylądował na Polu Mokotowskim), drugi na rogu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich. Jak zakładał mjr Niepokólczycki, bez względu na to, gdzie Hitler wyląduje i gdzie odbywać się będzie defilada, tędy nie mógł nie przejechać. Zadanie założenia ładunków wykonywali dowodzący akcją por. Franciszek Unterberger i kpt. Edward Brudnicki. Być może uczestniczyli w tym także por. rez. Sawicki, por. Wojciechowski i por. Tomaszewski, ale tego Dominik Żelazko nie był pewien. Wszyscy byli uważani za najwybitniejszych specjalistów. Żelazko wiedział, że spiskowcy postanowili użyć odpalarki elektrycznej, a na wszelki wypadek także prochowej, gdyby pierwsza zawiodła. Przewidywali, że nikt nie będzie mógł dać znaku do akcji z ulicy, więc sygnałem miał być strzał z pistoletu jednego z obserwatorów ukrytych na szczycie ruin domu Dyrekcji Kolei. Por. Żelazko pamiętał także odprawę saperów w nocy z 26 na 27 września w sklepie mięsnym na rogu ul. Lwowskiej i Koszykowej. W nocnej scenerii, przy blasku świec i latarek, decydowało się, kto idzie do niewoli, a kto zostaje w konspiracji. Tu składano pierwsze przysięgi. Część oficerów była już w cywilnych ubraniach. Unterberger, Brudnicki i Sawicki zostawali w konspiracji. Do podziemia schodził też dowódca - mjr Niepokólczycki - który tego dnia sfingował swoją śmierć. Dlaczego zamach się nie udał, por. Żelazko nie wiedział i nie rozumiał. Chciał to wyjaśnić po wojnie, szukając bezskutecznie Unterbergera i Niepokólczyckiego. Według relacji płk Antoniego Sanojcy z Komendy Głównej Armii Krajowej raport w tej sprawie podczas październikowej odprawy Służby Zwycięstwu Polski składał właśnie mjr Niepokólczycki. Tłumaczył, że ładunki zostały założone i uzbrojone, ale Hitler przejechał inną trasą. Wobec tego oświadczenia sprawą nigdy więcej się nie zajmowano. Płk Sanojca kategorycznie odrzucał możliwość wycofania się oficerów z powierzonego im zadania. Nikt nie brał też pod uwagę względów humanitarno-moralnych, które wobec przewidywanej po śmierci Hitlera rzezi ludności miasta i znajdujących się w niewoli tysięcy żołnierzy polskich, mogły zadecydować o odwołaniu zamachu. Ale trzej niedoszli jego wykonawcy - por. Unterberger, kpt. Brudnicki i por. rez. Sawicki, mimo że wcześniej złożyli przysięgę konspiracyjną, po nieudanej akcji z powrotem założyli mundury i zgłosili się do niemieckiej niewoli.
Czy rzeczywiście nie ma odpowiedzi na pytanie, co się naprawdę stało i dlaczego Hitler ocalał? Pewne światło rzuca relacja, której żaden szanujący się historyk nie weźmie pod uwagę, ale publicysta może ją przytoczyć. Żona Franciszka Niepokólczyckiego, Anna Niepokólczycka, opowiada historię tyleż dziwną, co zastanawiającą. Po wojnie jej mąż nigdy nie przeszedł odcinka Nowego Światu między pl. Trzech Krzyży a Alejami Jerozolimskimi. Czy szli piechotą, czy jechali dorożką lub samochodem, zawsze kazał skręcać w ul. Bracką. Gdy pytała, dlaczego, odpowiadał: "przysiągłem sobie kiedyś, że moja noga nigdy tam nie stanie. Dlaczego, nie pytaj, bo nie odpowiem". Być może za tym prywatnym wyznaniem żony wielkiego oficera kryje się tajemnica człowieka, który na rozkaz Polski Podziemnej przygotował zamach na Hitlera, a gdy przyszło do jego wykonania, zdecydował we własnym sumieniu wyjechać z Warszawy i tym samym uniemożliwić przeprowadzenie akcji. Tylko on jeden wiedział, że tym samym ocalił życie Hitlera i zapewne żałował tego do końca swych dni. Lecz ta prywatna prawda człowieka, od którego być może przez chwilę zależał los świata, nie należy już do historii.
Ja się cieszę, że ten zamach nie doszedł do skutku. Wyobraźmy sobie, co mogłoby się stać po śmierci Hitlera. W odwecie masowy terror w Warszawie, a być może - w całej Polsce. Główny orędownik zemsty na Francuzach nie żyje. Polska jest już podzielona. Niemcy rozszerzyli swoje państwo na wschód, bolszewicy również są zadowoleni. Nowy rząd niemiecki zawiera układ pokojowy z Aliantami, bo Polski już nie ma, więc nie ma o co toczyć wojny. W świetle zachowań zarówno Francuzów jak i Brytyjczyków w okresie II WŚ nikt nie kiwnąłby nawet palcem aby przywrócić państwowość Polski. I znów musielibyśmy czekać lata na następną wojnę, i kolejne powstania przeciw dwóm zaborcom. W tym kontekście pięć lat okupacji - to "pryszcz" .