Są tu od kilkunastu lat. Wcisnęli się między cmentarz a wrocławską gazownię na Tarnogaju. Postawili niskie baraki – trochę cegieł z rozbiórki, trochę wydłubanego z ziemi kamienia, gliny, zwiezionych zewsząd desek.
Dla obcych nie ma tu miejsca. Najpierw obskakują ich psy. Zdziczałe,chore, z wyliniałą sierścią. Strzegą przed intruzami wspólnego terytorium. Za psami z baraków wychodzą ludzie. Oderwani od pracy, snu, rozmów i wódki.
– Te psy gryzą?
– Jak trzeba, to gryzą.
Ludzie z baraków wolą być sami. To nie jest, powiadają, miejsce do przyjmowania gości. Gości, dodają, przyjmuje się w domu. Tam, gdzie jest obrus na stole, telewizor, ciepła woda. A jeśli ktoś tego domu nie ma i mieszka tu na dziko, to żadnych gości nie potrzebuje. I tak jest Jak zapomniany. Tyle, że jego różne papiery po urzędach leżą. Podania o pracę, zasiłek lub mieszkanie. Papiery takie żywot mają długi. Bywa, że czekają jeszcze, a człowieka już nie ma.
Większość siedzi tu tylko do zimy. Żyje miedzy stertą śmieci, beczek, samochodowych wraków. Później przenosi się do swych przepełnionych mieszkań lub szuka miejsca gdzieś u rodziny. Latem ludzie wracają do swych baraków. Do świń stłoczonych w ciasnych obejściach. Trzymają je na handel, aby tych parę groszy dorobić. Woda śmierdzi odpadami gazowni.
– Świnie rosną na gazie, podobnie jak ludzie.
W jednym z baraków gospodarzy chłop niemal wiekowy. Najpierw, po wojnie dostał jako osadnik prawie dziesięć hektarów. Po kułakach. Później i jego z tego kawałka ziemi dwa razy rozkułaczali. Za pierwszym razem zabrali połowę, żeby było sprawiedliwie, bo następni mieli mniej. Potem zabrali resztę, bo akurat powstawał PGR.
Ożenił się, przeniósł do miasta i wspólnie z żoną prowadził piekarnię. Po paru latach przegrał w pamiętnej bitwie o handel. Piekarnię zabrali.
Sąsiadka spod kolejowego nasypu jeszcze po wojnie miała własną rzeźnię. Upaństwowili i kazali przeprowadzić się na Proletariacką.
– To taka ulica ku czci biedy.
Tam po pewnym czasie też zaczęli przebudowę, więc wraz z sublokatorem wykwaterowano ich do mieszkania zastępczego.
Dla sublokatora nie było jednak w nowym mieszkaniu miejsca, więc kobieta oddała mu skrawek ziemi pod kolejowym nasypem.
W sąsiedztwie świń mieszka tu do dziś. Drzwi baraku podpiera deską. Jedno pomieszczenie – zimne, ciemne, wilgotne. W kącie stare łóżko i trochę ubrań. Na kulawym stole resztki pozostawionego szczurom chleba.
Pracował w gazowni. Choruje na gruźlicę. Kilka dni nie było go w pracy, więc został zwolniony. Zamknął się ze swoją gruźlicą w baraku i czeka.
Tramwajem kwadrans od centrum miasta.
Nikt tu jednak nie przyjedzie. To miejsce wszyscy omijają z daleka.
Tekst PIOTR ADAMCZYK, zdjęcia MAREK GROTOWSKI
Źródło "Dziennik Dolnośląski" nr 25 (piątek-niedziela) 26-28 października 1990, str. 1-8