Wspomnienie żołnierza Września, żołnierza AK (ps. „Drzazga”), dr. farm. ppłk. w st. spocz., harcmistrza Jerzego Pertkiewicza (rocznik 1920), kawalera Virtuti Militari
Rok 1944 – ostatni rok wojennych świat Bożego Narodzenia. Mieszkaliśmy wówczas przy ulicy Krakowskiej 34 na parterze obok apteki im.T.Kościuszki, której dzierżawcą był mój ojciec. Byliśmy w szczególnym nastroju, pełnym nadziei na lepsze jutro. Nadchodzące wiadomości jak i wydarzenia były nader optymistyczne. Wojska radzieckie, które latem zatrzymały się na linii Wisła – Wisłoka przygotowywały się do nowej ofensywy. Czasami w nocy było słychać daleki odgłos huku armat, obserwowaliśmy też wzmożone ruchy wojsk niemieckich, a niektóre urzędy i instytucje okupanta pośpiesznie przystępowały do ewakuacji. U nas w rodzinie panował radosny nastrój. Za całą mamy biżuterię udało nam się wykupić z rąk gestapo aresztowanego ojca. Przed kilku dniami wrócił z więzienia wymizerowany, z ogoloną głową, ale radosny, że jest wśród nas. Brat Roman akowiec walczył w Powstaniu Warszawskim. Przez długi czas nie mieliśmy o nim żadnej wiadomości i dopiero w połowie grudnia otrzymaliśmy jego pocztówkę z obozu jenieckiego. Wielka radość – żyje! Również ja i mój przyjaciel z przedwojennej podchorążówki, który mieszkał u nas – po zakończeniu walk partyzanckich Batalionu „Barbara” 16 pp AK – szczęśliwie powróciliśmy do domu. W takim pogodnym nastroju zebraliśmy się przy wigilijnym stole. Pod białym obrusem siano, na stole opłatki i palące się świece. Dziadek – senior rodziny – odczytał tekst Ewangelii, a gdy wymawialiśmy w modlitwie słowa „...przyjdź Królestwo Twoje...” u drzwi wejściowych rozległ się ostry dzwonek. Modlitwa przerwana. Kto może dzwonić o tej porze? Może brat uciekł z niewoli... Wszyscy przeszliśmy do przedpokoju. Ojciec otworzył drzwi i... przerażenie. W drzwiach w hełmie stał żołnierz niemiecki z przewieszonym przez ramię pistoletem maszynowym. Stał i patrzył na nas, aż w końcu zachrypłym głosem spytał „czy tu mieszka pan aptekarz”. Mama z jękiem wyszeptała „Boże miłosiemy! Po kogo znów przyszedł?” Żołnierz wszedł do mieszkania, zdjął z ramienia broń i postawił ja za sobą w kącie obok drzwi. Na jego twarzy widać było wielkie zakłopotanie. Wreszcie prawie szeptem powiedział, że nas bardzo przeprasza za najście, ale jedzie transportem samochodowym w stronę Bochni i w czasie postoju dowiedział się, że obok apteki mieszka aptekarz. Prosi pomoc. Jest chory, ma gorączkę i bardzo silny kaszel. Chciałby kupić jakieś lekarstwa. Odetchnęliśmy z ulgą, że to tylko spóźniony pacjent. Ojciec zaraz poszedł do apteki po odpowiednie leki, my zaś przyglądaliśmy się temu młodemu, wychudzonemu, o spieczonych wargach i przerażająco blademu człowiekowi. Wyglądem swym wzbudzał litość. Dziadek, który nie znał niemieckiego, kazał mu powiedzieć, że w naszej tradycji narodowej jest zwyczaj pozostawiania przy wigilijnym stole pustego nakrycia dla niespodziewanego gościa. Zaprosił go do stołu. Ujrzeliśmy łzy w oczach żolnierza. Rozczulony zaczał dziękować nam, Polakom, że w tę Świętą Noc zapraszamy do wspólnego stołu żołnierza wrogiego państwa. Chociaż jest to dla niego wielki zaszczyt, to nie czuje się godnym, by zasiąść przy naszym rodzinnym stole. I tak nadal staliśmy w przedpokoju. Mama przyniosła z kuchni i podała mu garnuszek barszczu z uszkami, a na talerzu postne gołąbki z kapustą i grzybkami. Ze zdumieniem obserwowaliśmy, jak szybko i z apetytem spożywał podane mu jedzenie. W tym czasie ojciec wrócił z apteki i dał mu bezpłatnie lekarstwa. Wzruszony żołnierz stał jeszcze chwilkę zadumany, podszedł do mamy i dziękując ucałował ja w rękę. Tymczasem ktoś z nas przyniósł opłatek. My życzyliśmy mu, by szczęśliwie powrócił do domu. On zaś życzył nam, by Polacy odzyskali wolność swego kraju i by Bóg chronił nas od okrucieństw wojny. Żołnierz odszedł. Wróciliśmy do stołu. Zaczęliśmy na nowo „Ojcze nasz...” i z pełnym zrozumieniem wypowiadaliśmy słowa „...odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...” W owym dniu w żołnierzu tym widzieliśmy tylko bliźniego, a nie znienawidzonego wroga.
* * *
Kilka miesięcy po zakonczeniu wojny dostaliśmy z Niemiec oryginalnie zaadresowany list: „Tarnów, apteka obok kościola z dwoma wieżami”. W liście tym matka żołnierza Hansa v. Reckhof bardzo serdecznie dziękowała za pomoc udzieloną jej synowi i ciepło rodzinne, jakie okazaliśmy mu w Świętą Noc. Z bólem jednak zawiadamia, że syn po powrocie z frontu chorował na zapalenie płuc i zmarł na gruźlicę. Przed śmiercią jeszcze prosił matkę, by przesłała nam słowa podziękowania.
Piękna historia. W jednej gazecie - chyba z 1940 albo 1941 roku czytałem historię rodziny z Krakowa w której mieszkaniu został zameldowany niemiecki żołnierz. Był opis Wigilii i reakcji żołnierza - spróbuję znaleźć ten artykuł.
do Neo[EZN]: Pan Jerzy Pertkiewicz jest kolegą ze studiów Babci Hani. Dziś przysłał jej życzenia wraz z tym załączonym wspomnieniem, a ja natychmiast poprosiłem Go o zgodę na ich publikację. Bardzo się ucieszył. Biogram Jerzego Pertkiewicza przeczytać można w Wikipedii:
do pawulon: To już mniejsza, kto to napisał, bo wpływu na losy bohatera przecież nie miałem. Dobrze mi się układała korespondencja zarówno z nim samym, jak i z jego synem. A przecież jego historia naprawdę była warta utrwalenia i publikacji, ku pamięci...