O szóstej rano we wtorek mieszkańcy Mierniczej, Komuny Paryskiej i okolicznych ulic zostali obudzeni przez tłum niezbyt nawet hałaśliwych, ale przez swą masę dokuczliwie głośnych przebierańców w cywilnych strojach z lat czterdziestych oraz angielskich mundurach z tegoż okresu. „Żołnierze" mieli stosowne uzbrojenie (dostrzegłem lanchastery i legendarne steny). Trwały zdjęcia do nakręcanego w koprodukcji polsko-angielskiej fimu „Kobieta na wojnie" (w reżyserii niejakiego Martina). Trochę nlerad, że obudzono mnie tak wcześnie, postanowiłem jednak rzecz potraktować z przymrużeniem oka i wyszedłem z psem na spacer.
Okazało się jednak, że hałas jest najmniejszą niedogodnością, jaka towarzyszy kręceniu filmu na ulicach żywego miasta. Przekonali się o tym na własnej skórze niedoszli pasażerowie autobusu kursującego ulicą Komuny Paryskiej, przekonali się właściciele parkujących tam samochodów, które bez ich zgody kierownictwo planu usuwało wozem pomocy drogowej, przekonałem się wreszcie ja, kiedy umówiony na ósmą fachowiec od naprawy pralek musiał zaparkować w odległości kilkuset metrów od mego domu i nie mógł dotaszczyć koniecznych (a ciężkich!) narzędzi i części zamiennych.
To wszystko jednak drobiazg w porównaniu ze skandalem, jaki miał miejsce w godzinę później. Około dziewiątej na planie zmarł nagle człowiek. W parę minut później na miejscu znalazła się policja i lekarz pogotowia, który stwierdził zgon, przykrył zmarłego prześcieradłem i zostawił. Zwłoki przeleżały na chodniku do godziny 10.20. A tymczasem film (rzecz przecież najważniejsza na świecie!) kręcono dalej. Dlaczego tak się stało? Uzyskałem na to pytanie parę niezbornych odpowiedzi. Pogotowie twierdziło, że czeka na prokuratora, a poza tym karetka nie może zabrać zwłok, bo od tego jest Zieleń Miejska.
Policja (w sile trzech oficerów, w tym jeden z naszywkami kapitana - nie wiem jak się obecnie ten stopień u stróżów porządku nazywa) twierdziła, że wielokrotnie monitowała owąż Zieleń, która ma trzy samochody do przewozu zwłok, o zabranie zmarłego. Policja utyskiwała ponadto, że zamiast łapać przestępców musi nadzorować nieporządek.
Na papierku zezwalającym (mam nadzieję, że przynajmniej za pieniądze) na zamykanie całego kwartału miasta, figuruje podpis urzędniczki z Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów, pani Barbary Lewankiewlcz, jeśli dobrze usłyszałem nazwisko, podane mi przez odłowionego z najwyższym trudem kierownika planu filmowego.
Tenże kierownik planu twierdził, że zrobił wszystko, żeby zawiadomić mieszkańców o zamiarze kręcenia filmu. Jak to się zatem stało, że ja, „okoliczny mieszkaniec", o niczym nie wiedziałem? Kto mnie osobiście zwróci koszty wezwania na próżno rzemieślnika? Kto odpowie głową za to, że zmarły człowiek poniewierał się jak śmieć na chodniku?