Dawno, dawno temu, w czasach pomiędzy legalnością a zniesieniem cenzury, chadzaliśmy do urzędu przy ulicy Gabrieli Zapolskiej. Tam pan lub pani – nasi najwierniejsi czytelnicy – sczytywali wszystko od winiety po stopkę i stawiali na ostatniej stronie tajemniczy znaczek literowo-cyfrowy. Znaczyło to, że gazeta mogła iść do druku. Podczas jednej z cenzuralnych wypraw natknęliśmy się na ten "mural". Nie był on polityczny ani wojujący, ani żaden do jakich przywykło nasze oko. Był to "mural" słuszny i zaangażowany, acz osobisty. Brzmiał tak:
On, szukający u Ani przebaczenia, wspiął się na wysokość trzeciego piętra gołej ściany bez okien i farbą w różowym kolorze rzecz całą wypisał na murze. Nam, którym nieobce było zaangażowanie, sprawa wydała się na tyle liryczna, romantyczna i godna popularyzacji, że fotografią tego budynku opatrzyliśmy ostatnią stronę pisma "Region". Była jesień 1989 roku. Jeszcze wiosną chodziliśmy sprawdzać czy miłość przetrwała zimę, a farba wiosenne deszcze. Przetrwała.
Nie przetrwało natomiast pismo "Region" i w maju 90 dokonało żywota. Historia jednak na tym się nie kończy. Na tej ścianie nie ma już wyznania, które świadczyło, że miłość wspiąć się może na wyżyny. Jest tam teraz biała plama. Zamazano tekst, a poniżej ktoś (być może On) napisał: NIE. Uczucie nie przeżyło zatem nawet drugiej gazety, w jakiej chcemy o nim pisać. Gazeta, bez wątpienia, nie przetrwa żywotności białej farby ze ściany przy ulicy Bałuckiego. Cenzura straciła urząd i błąka się bezdomna. Widać ją gdzieniegdzie. Przetrwała.
BARBARA PIEGDOŃ
Foto Henryk Prykiel i Mieczysław Michalak
Artykuł opublikowany w "Dzienniku Dolnośląskim" nr 74(141) z 14 czerwca 1991 Licencja: CC-BY-SA