29-30.04.2026 - synchronizują się dane między starymi (0,5TB) a nowymi (2TB) dyskami SSD, w czwartek mogą występować chwilowe przerwy w działaniu strony (trzeba będzie wyciągnąć stare dyski i w ich miejsce włożyć nowe oraz sprawdzić uruchamianie serwera).
Moja ostatnia wizyta w Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach i w Opolu była nader interesująca. Od Pani Beaty Madej, kierowniczki Działu Zbiorów i Konserwacji usłyszałem kilka bardzo interesujących historii, którymi postanowiłam się tu z Wami podzielić.
W obozach Lamsdorf (dziś Łambinowice) przebywało przez czas wojen prowadzonych przez Niemcy od roku 1870 kilka setek tysięcy jeńców kilkudziesięciu narodów z całego globu. Najwięcej trafiło ich tu podczas ostatniej wojny, w latach 1939-1945. Nie byli oni jednak wszyscy jednakowo traktowani.
Świadomość praw wynikających z Konwencji Haskiej i Genewskiej była najwyższa u Brytyjczyków i trzeba przyznać, że Niemcy w stosunku do nich zachowywali się podczas całej II wojny światowej w zasadzie poprawnie (pomijając pewne nadzwyczajne wydarzenia – np. wiadomo, że po tym, jak dotarła do nich wiadomość, że jeńcy niemieccy w podczas transportu do Wielkiej Brytanii zakuci zostali – wbrew konwencjom międzynarodowym – w kajdany na czas rejsu przez Kanał La Manche, to także i oni w odwecie na czas taki sam ile trwał tamten transport dokładnie taką samą liczbę jeńców brytyjskich potraktowali identycznie).
Wydarzyła się na przykład historia, że brytyjski pilot Douglas Bader, który jeszcze przed wojną (w 1931 roku, na pokazie lotniczym) stracił obie nogi, a który dzięki niezwykłemu hartowi ducha wrócił już jako inwalida do latania i walczył na Spitfire’ach, został przez Niemców zestrzelony. Udało mu się jednak wydobyć z samolotu i na spadochronie wylądować na terytorium opanowanym przez Niemcy i trafił do niewoli. Jego protezy uległy zniszczeniu wraz z samolotem, ale Bader – pomimo że poturbowany – lądowanie bez nóg przeżył. Niemcy schwytawszy do niewoli beznogiego przeciwnika traktowali go z wielkim szacunkiem. Generał Luftwaffe Adolf Galland skontaktował się z Brytyjczykami i zaoferował im możliwość zrzutu nowej pary protez dla Douglasa. Kilka dni później RAF przeprowadził tzw. „Operację Noga” – nad niemiecką bazą w St. Omer w okupowanej Francji pojawił się nieatakowany brytyjski bombowiec, który zrzucił na spadochronie paczkę zawierającą nową parę protez, które wkrótce do obozu Baderowi dostarczono. Pomimo swej niepełnosprawności w sierpniu 1942 Bader uciekł wraz czterema innymi jeńcami z obozu w Żaganiu, ale wszyscy po paru dniach zostali złapani. Badera przeniesiono do specjalnego obozu dla uciekinierów w zamku Colditz, gdzie 15 kwietnia 1945 r. doczekał się wyzwolenia przez Amerykanów.
Inna historia dotycząca Brytyjczyków, to praca przy rozładunku wagonów na stacji kolejowej w pobliżu obozu. Prace te nadzorował oczywiście uzbrojony żołnierz niemiecki. Lunął deszcz i jeńcy schronili się w wagonie, ale Niemiec domagał się coraz bardziej natrczywie, żeby kontynuowali pracę pomimo niesprzyjających (prawdopodobnie wręcz niebezpiecznych) warunków. Świadomi swych praw jeńcy ignorowali wrzaski strażnika, bowiem konwencje nie zezwalają na pracę zagrażającą ich zdrowiu lub życiu (zgodnie z III Konwencją Genewską, gdzie w Art. 52 czytamy: Nie wolno zatrudniać żadnego jeńca wojennego przy pracach szkodliwych dla zdrowia lub niebezpiecznych, chyba że zgłosi się on ochotniczo. Nie wolno przydzielać żadnego jeńca wojennego do pracy, która może być uważana za upokarzającą (...), a w poprzedzającym go Art. 51: Mocarstwo zatrzymujące (...) zapewni (...) zastosowanie ustaw krajowych o ochronie pracy, a w szczególności przepisów o bezpieczeństwie robotników.Jeńcy wojenni powinni otrzymać przeszkolenie (...) środki ochronne przystosowanedo pracy, którą mają wykonywać (...). Z zastrzeżeniem postanowień artykułu 52 jeńcy mogą byćnarażeni na normalne ryzyko, które ponoszą robotnicy cywilni.W żadnym przypadku warunki pracy nie powinny być pogorszone przez środkidyscyplinarne. Strażnik konwencje miał gdzieś, więc i jeńcy mieli go gdzieś, zatem po pewnym czasie dowódca grupy jeńców zarządził im zbiórkę i w szyku zwartym odmaszerowali do obozu, ignorując rozkazy bezsilnie wrzeszczącego i machającego karabinem strażnika.
Pojmani przez Niemców żołnierze Armii Czerwonej osadzeni byli w osobnym obozie, odległym o parę kilometrów od tego, w którym przetrzymywano pozostałych aliantów. Panowały tam warunki znacznie gorsze, umierali oni tysiącami (w sumie obóz ten pochłonął czterdzieści tysięcy ofiar, tj. ok. 20% wszystkich żołnierzy radzieckich, którzy przewinęli się przez Lamsdorf Russenlager 318 VIIIF); ich groby znajdują się na osobnym cmentarzu. Ale nawet tych z nich, którzy przeżyli Lamsdorf, spotkała po wojnie dalsza udręka. Każdy bowiem żołnierz armii Stalina, który nie walczył z zacięciem dostatecznie dużym, by zwyciężyć (lub polec na polu bitwy) był według komunistycznych kryteriów zdrajcą. Praktecznie wszyscy więc, którzy po 1945 wrócili do ZSRR z niewoli niemieckiej trafili pod sąd i niemal automatycznie dostawali wyroki na poziomie 10 lat łagru na Syberii albo w innym równie uroczym miejscu. Tak samo się też stało z jednym z żołnierzy radzieckich, który przed wojną był absolwentem moskiewskiej Akademii Sztuki. Trafił do niewoli, osadzony w Łambinowicach przeżył, być może trochę także dlatego, że rysował piękne grafiki, przedstawiające w większości portrety kolegów. Ponad dwadzieścia lat po wojnie Muzeum Jeńców postanowiło opublikować w czasopiśmie „Polska”, kolportowanym we wszystkich językach krajów tzw. demokracji ludowej, a więc także po rosyjsku dla czytelników w ZSRR, kilka spośród zachowanych portretów wykonanych przez owego jeńca z nadzieją, że być może któryś ze sportretowanych sam siebie rozpozna i napisze. Odpowiedź przyszła tylko jedna, i to nie od sportretowanych, tylko od autora. Nazywał się on Grigorij Iwanowicz Daniłow; nawiązał on kontakt z Muzeum, a sowiecka bezpieka pozwoliła mu spotkać się (oczywiście w obecności szczujnego oficera KGB, pilnującego prawomyślności swego obywatela) w Moskwie z przedstawicielem Muzeum. Okazało się, że człowiek ten dostał po wojnie wiele lat łagru w głębi ZSRR (wg niepotwierdzonych do końca informacji – 8 lat w Karagandzie), ale i to przeżył, tyle że potem już tam pozostał i zamieszkał na stałe. Na tym kontakty Muzeum się z nim urwały na kilkadziesiąt lat, aż wreszcie nie tak dawno ktoś w Muzeum wpadł na to, by napisać list na adres, gdzie ostatnio mieszkał ów były jeniec. Okazało się, że zmarł przed paru laty, ale pod tym samym adresem mieszka po dziś dzień jego syn...