Fragment wspomnień Ireny Siwickiej - "Trudne Dni II"
"Straszny był dzień, w kórym rozpoczął się ogromny, na szeroką skalę zakrojony atak na Wrocław. Zdawało się, że huczą wszystkie armaty świata, że z całego świata samoloty zrzucają bomby, że każdy centymetr powietrza nadziany jest kilami i odłamkami.
Strzelano poprzez obóz. Pociski leciały nad barakami. Cieńkie drewniane ściany trzeszczały i chwiały się. Dym wygryzał oczy . Nic nie można było robić, bo w sali operacyjnej gwizdały odłamki. Zgromadziliśmy się wszyscy w izbach wśród rannych. A oni nalegali na nas byśmy usiedli na podłodze. Zdawało się im, że stojąc, bardziej jesteśmy narażeni na zranienie. Oni, tak ciężko pokaleczeni bali się o nas zdrowych. Ten serdeczny stosunek utrzymywał się cały czas. Toteż nic dziwnego, gdy zabierano rannych do Oleśnicy (po wyzwoleniu obozu), rozstawaliśmy się z płaczem. Jeszcze 6 maja rano zabierano ludzi do pracy. Jeszcze 6 maja rano o 5.30 komendant w asyście żandarmów i ich psów wpadł do sali operacyjnej, szukając ukrywających się od chodzenia do roboty. Cóż więc dziwnego, że 8 maja nie mogłam uwierzyć, że to koniec. Powiedziałam: uwierzę, gdy zobaczę pierwszego żołnierza radzieckiego. Przyprowadzono do mnie tego żołnierza. Wyglądał na 15 lat. Pełny rynsztunek - karabin, większy od chłopca. Był rozczulająco poważny. Mówił: zwyciężyliśmy, pobiliśmy i ....gryzł cukierki.
Brak mi słów na opisanie naszej radości. W jednej chwili wieża strażnicza została obwieszona flagami 23 narodów. Na szczycie obok radzieckiej jakoś radośniej i inaczej niż wszystkie trzepotała nasza flaga, pierwsza polska flaga w polskim Wrocławiu. Uszyta już dawno po kryjomu przez Natalię Kujawińską doczekała się swego triumfu.
Niebo było zasnute dymami. Przez ich szare welony przebłyskiwało słońce. Wieża wyglądała jak sama radość, jak szczęście. Zdawało się, że za chwilę wzniesie się i popłynie gdzieś wysoko, wysoko by głosić chwałę zwycięstwa nad złem. W obozie uformował się najcudaczniejszy pochód. Jeden z Francuzów ucharakteryzowany się na Churchila krygował się z parasolem. Młodzież obwiesiła się kolorowymi skrawkami, jak na maskaradę. Śpiewano piosenki we wszystkich językach, nawet chińskim. Francuzi zdobyli gdzieś masę cukierków i wino. Musieliśmy bronić rannych przed zbyt radosnym upojeniem ich... winem. Druty zostały nie tylko poprzecinane, ale dosłownie rozszarpane. Brama wywalona. Wieczorem w baraku odbył się wspaniały, niezapomniany koncert. Tak powitaliśmy wolność"
Autor: Irena Siwicka, artykuł "Szpital dla Auslanderów" - "Trudne Dni" tom II, TMW rok 1961