W jakim stanie wyglądała Fosa Miejska tuż po zakończeniu działań wojennych łatwo się domyśleć. Pełna gruzu, sprzętu, amunicji, rozkładających się zwłok ludzkich i zwierząt i w dużej mierze zasypana wszelakim powojennym śmieciem. Z czasem z racji szerzących się chorób i postępującej dewastacji koryta pojawił się problem zagospodarowania tego istotnego dla miasta miejsca. Dyskusję na ten temat wywołano wiosną 1946 roku na łamach wrocławskiej "Trybuny Dolnośląskiej". Tam w dość opisowy sposób przedstawiono aktualny stan smierdzących kanałów i fragmentów fosy dając problem pod rozwagę. Z czasem pojawiły się dwie skrajne koncepcje rozwiązania tego problemu z każdym dniem coraz bardziej pilnego. Jedną z "niebezpiecznych" propozycji, dość ostro forsowanych przez swoich zwolenników było zasypanie gruzem wszystkich kanałów tym sposobem pozbywając się sporej ilości gruzu w mieście i źródła chorób, a następnie wykorzystanie terenu pod "zielone małe płuca" Wrocławia, który i tak posiada w nadmiarze wody w rzekach miasta. Ta koncepcja ze względu na minimalne koszta jej towarzyszące była najbardziej ekonomiczna i w dużej mierze pożądana w tamtym czasie.
Drugą propozycją, zdecydowanie kosztowniejszą na pierwszy rzut oka,było oczyszczenie kanałów i całej Fosy Miejskiej, a następnie napełnienie jej "świeżą" wodą z Odry. To kosztowałoby pół miliona ówczesnych złotych i trwałoby około dwóch miesięcy, zaś zasypanie gruzem pozwoliłoby zaoszczędzić miastu około 12 mln złotych przeznaczonych na wywóz gruzu. Za pierwszą z koncepcji przemawiał jeszcze rys historyczny i topograficzny miasta, za drugą ekonomia.
"Walka" trwała kilka tygodni zanim zwyciężyli zwolennicy "rybek" czyli fosy pełnej wody. Zwolennicy "kwiatków" czyli zasypania fosy przegrali zaś gruzy na większą skalę zaczęto wywozić właśnie w 1946 r.