Był taki czas, że wśród zawodników naszej reprezentacji w piłkę nożną nie szalał tak jak obecnie słynny "wirus reprezentacji". Ba, był to czas siermiężnego PRL-u w którym to nasi piłkarze zdobywali medale tak na olipiadach jak i mistrostwach świata w piłece nożnej. Dla przypomnienia ostatni medal zdobyli w stanie wojennym 31 lat temu w Hiszpani.
Właśnie ta górka zawsze kojarzyła mi się i będzie kojarzyć z jednym z najwazniejszych sukcesów naszej reprezentacji.
To był wieczór 17 października 1973 roku, środek tygodnia. Od kilku godzin bawiłem się z kolegami na podwórku przy Inowrocławskiej. Przygodę zaczęliśmy w gruzach budynku OUM przy Młodych Techników. Tam jak zawsze można było coś znaleźć. Wtedy wyciągnęliśmy stare hitlerowskie hełmy z okresu FB, by potem zjeżdżać na nich po zabłoconych stokach rzeczonej, osiedlowej górki. Czas mijał w brudzie ale jak dla mnie ewidentnie przyjemnie.
Po jakimś czasie zreflektowałem się, że jestem sam, ale w niczym mi to nie przeszkadzało, szczególnie, że do domu miałem 100 metrów i byłem pod czujnym okiem rodziców. Raz po raz wspinałem się na szczyt i z radością zjeżdżałem w dół na hitlerowskim garnku chlapiąc dokoła błotem.
Czas mijłał błogo i spokojnie gdy z czasem zauważyłem, że "na mieście " jest wyjątkowo pusto. Dzień ten szczególnie odbiegał od pozostałych jesli chodzi o "masowe natężenie przepływu" przechodniów i samochodów. Raz na jakiś czas w głębi, po Legnickiej przejechał tramwaj, a po Zachodniej Ził wywrotka po kolejną porcję gruzu z budującego się dynamicznie Szczepina. Wszystko to trwało jakiś czas, gdy nagle, niespodziewanie rozległ się jeden wielki krzyk. Tak głośny i wyraźny gdy krzyczy całe miasto, że nie sposób go było zlekceważyć. To jest coś co słyszy się rzadko w życiu, ale niegdy nie zapomina.
Nie wiedziałem co się dzieje, nie wiedziałem co robić bo sytuacja była dla mnie nowa i nie ukrywam przerażająca, szczególnie, że krzyk trwał długo by przejśc w zgiełk nie do opisania dobywający się z okien mojego osiedla i z pozostałej części miasta. Nie wiedziałem co się dzieje, byłem sam po środku ryczącego osiedla. Wystraszyłem się nie na żarty porzuciłem niemiecki garnek i ze łzami w oczach pobiegłem do domu po drodze rozrywając spodnie na tyłku.
Tam dowiedziałem się, że bramkę Anglikom strzelił nieznany mi "jakiś" Domarski otwierając bramy piłkarskiego raju naszym piłkarzom....
Dziś mógłbym raz jeszcze zjechać na niemieckim garnku w błocie i podrzeć każde gacie by zobaczyć naszych w finale piłki kopanej obojętne czy ME czy MŚ....