Historia kaplicy w Smardzewie
Dawno, dawno temu do wsi Smardzew sprowadził się z Błeszna dziedzic Franciszek Młocki (1796–1879) h. Prawdzic - urodzony w Kraszewie, w parafii Klembów k. Radzymina - z żoną (Wiktorią Wodzińską, córką właściciela Białobrzegów) i córkami. Zamieszkał on we dworze, we wsi Smardzew. Był bardzo bogaty i dlatego postanowił zakupić ziemię od mieszkańców wsi. Udało mu się zakupić 50 mórg ziemi i lasów. Wielu biednych ludzi pracowało na jego ziemiach jako służba. Dziedzic wpadł na pomysł, aby zbudować kaplicę, ponieważ nie chciał, by on i jego rodzina byli pochowani na cmentarzu, tylko w podziemiach kaplicy. I Fanciszek Młocki w 1856 r. wystawił kaplicę pw. św. Walentego. Kaplica była zbudowana z czerwonej cegły i kamienia, pokryta czarnymi dachówkami, w środku był ołtarz i piwnice. Do środka prowadziły drewniane, masywne drzwi. Kaplica była dumą właścicieli Smardzewa. Odbywały się w niej różne uroczystości religijne: chrzty, śluby, pogrzeby rodziny Młockich, msze odprawiane przez księży z Jasionnej, Bukówna a potem z Radzanowa. Budowla posiadała też duże okna. Na zewnątrz był ogródek a do kaplicy prowadziła aleja. Młocki przed śmiercią powiedział, że ukrył złoto pod podłogą. Po śmierci dziedzica, jego żony oraz córek zaczęto szukać złota, ale niestety bogactwo przepadło. Zwłoki rodziny Młockich włożono do metalowych trumien i umieszczono w podziemiach. Młocki pozostawił w banku prawdopodobnie równowartość 6 mórg ziemi na utrzymanie kaplicy. Po II wojnie światowej przy zmianie rządu ziemia straciła na wartości, a kaplica popadła w ruinę (część materiałów rozkradli mieszkańcy), piwnice zostały zasypane gruzem, 20 z 50 mórg ziemi dziedzica zakupił dziedzic Kiciński.
Opowiastki związane z kaplicą:
Jeden z mieszkańców ze zrabowanych desek postawił kurnik i gdy była burza, to jeden piorun uderzył i zapalił budowlę, a drugi ugasił kurnik. Zdesperowany rolnik rozebrał kurnik, a deski odwiózł na miejsce, gdzie stała kaplica.
Pewnego razu na wzgórze trafił kłusownik. Miejsce wydawało mu się sposobne, wokół cisza. Na wpół senny wyciągnął tytoń i zaczął palić. Nagle usłyszał: – daj trochę! Rozejrzał się, ale wokoło nikogo nie było. Chłop przestraszył się. Rankiem znaleziono go na wpół martwego. Na jego kożuchu widniał ślad odbitej ręki.