Urodził się 24 stycznia 1798 r. w ,,Czerwonym Domu” (,,Rotes Haus”) przy ul. Ruskiej 45 we Wrocławiu. Dzieciństwo spędził w Obornikach Śląskich (Obernigk). Był dwukrotnie żonaty: z aktorkami, Luise Rogée (zm. W roku 1825 w wieku 25 lat) i z Julią Holzbecher. Miał syna Heinricha (przedwcześnie zm. w 1836 r.) i córkę Marie Henriette. Po sukcesach literackich i aktorskich w latach młodości, wyjechał z Wrocławia, jako 25-letni dramaturg splantowany przez lokalną krytykę za wystawienie eksperymentalnego przedstawienia z udziałem aktorów, ekwilibrystów i woltyżerów. Przebywał w Berlinie, Hamburgu, Lipsku, Dreznie, Monachium, Lubece, Wiedniu i Grazu, gdzie pisał dramaty i grał w teatrach odnosząc niemałe sukcesy. Wrócił na stałe do Wrocławia w roku 1865. Ostatni etap swego życia spędził w ogólnym, poszanowaniu swojej osoby i twórczości. Został pochowany na cmentarzu św. Bernarda przy ul. Krakowskiej (Ofener Strasse).
Karl von Holtei był romantykiem, miał wrodzony pociąg do niezwykłości, niedostatecznie liczył się z rzeczywistością, co dla artysty jest rzeczą podstawową. Spiritus movens napisania tego artykułu stały się słowa Idy Hahn-Hahn, która po przeczytaniu autobiografii Holteia odniosła wrażenie jakby mieszkał on na ,,zupełnie innej planecie niż nasza Ziemia”. Artysta niewątpliwie, niczym perłopław, otaczał bolesne ziarnko piasku (wetknięte w jego przestrzeń duchową przez społeczeństwo) wytworami swojej wyobraźni, aby owemu społeczeństwu dać perłę znakomitej jakości. Jego działalność charytatywna i brak przywiązania do dóbr materialnych wskazują (być może) w jakiejś mierze na jego chrześcijańskie uformowanie duchowe. Niemałą rolę w ukształtowaniu jego artystycznej osobowości miało zapewne i jego szlacheckie pochodzenie. Piękne oblicze Holteia niesie myśl, że ociosanie przez kulturę, (które jakoby musi trwać najmniej kilka stuleci) nadaje niektórym ludziom przynależność, jakby za sam wygląd, do świata, który kształtuje od wewnątrz.
Nie jestem od tego, aby oceniać jego twórczość, skupiam światło na jego osobie, która emanuje nadal, po niespełna 130 latach od jego śmierci, niezwykłym blaskiem człowieczeństwa ukształtowanego w jakże traumatycznych doznaniach. Jego biograf Max Kurnik napisał (o okresie, gdy Wrocław go pokochał): ,,Nie ma ani młodego poety, ani wschodzącego dramaturga, ani początkującego aktora, który nie pukałby do drzwi Holteia i nie prosił go o radę lub wsparcie. Nie ma pisarza czy artysty, który przejeżdżając przez Wrocław, nie wstąpiłby na pogawędkę do ,,staruszka z Trzech Gór”. Przypomina to nieprzerwaną pielgrzymkę do mansardowego mieszkania sędziwego poety. Z daleka i z bliska przybywają mężczyźni i kobiety, zacne matrony i milutkie podlotki, by złożyć hołd sympatycznemu starcowi i prosić go o autograf lub fotografię. Holteia opiewa się we wszelakich możliwych tonacjach, a niejednokrotnie przychodzi się do niego po jałmużnę. Jest przeto powszechnie wiadome, iż dzieli się on z potrzebującymi ostatnim srebrnikiem, a gdy nie wystarcza własnych środków, nie szczędzi starań i zabiegów, by zdobywać je z innych źródeł”.
Niewdzięczne miasto okazało mu swoją przychylność u kresu życia. Chyba wtedy już zapomniał, co napisał, będąc w Lubece w 1848, gdzie poecie Emanuelowi Geibelowi okazywano to, czego zawsze pragnął: ,,[…] znam niejedno miasteczko, które synowi urodzonemu w jego murach, dlatego że poświęcił się muzom, okazuje drwinę, żywi do niego urazę lub go lekceważy. […] Lecz myślę także […] o pewnym całkiem dużym mieście, które i takiemu Geibelowi, gdyby się w nim urodził, nie ofiarowałoby niczego innego poza obojętnością – i dlatego kocham Lubekę, bo ona kocha swojego Geibela. Właśnie w tym wyraża się pietyzm, a bez niego nie ma ani poezji, ani poetów”.
Dlaczego tak bardzo Go czuję i widzę? Niekiedy przypominam sobie słodki smak owoców, zrywanych z drzew rosnących na ewangelickim, poniemieckim cmentarzu św. Bernarda, rozciągającym się między ulicą Krakowską a torami kolei górnośląskiej. Dla mnie i chłopaków z ulicy Wilczej cmentarz był Edenem pełnym dorodnych drzew, jabłoni i czereśni, obficie obdarowującym swymi owocami. Korzenie ich tkwiły w ludzkich prochach, ale ja tego nie rozumiałem. Objadałem się rumianymi jabłkami, o soczystości i słodkości, jakiej nigdy nie doświadczyło moje podniebienie. Później nie znalazłem wspanialszych owoców od tamtych, podarowanych przez świat zmarłych. Cmentarz zniknął jeszcze, gdy żył mój ojciec. Rozszerzono ulicę i przerzucono most nad torami kolejowymi. Zmieniła się postać mego świata. Rozsypały się znaki na grobach. Pozostały stare lipy, do jednej z nich ojciec przybił drewniany krzyż. Oznaczył świętość tego miejsca, aby nie doszło do profanacji przy kolejnej zmianie tego świata. Nieraz zastanawiałem się, czy materia ze świata zmarłych mogła przeniknąć do mego ducha? Wiadomo wszem, że wszyscy jesteśmy w obiegu zamknięci i od niepamiętnych czasów nic się z naszej planety Ziemi nie wydostało. Chcąc nie chcąc, przenikamy się wzajemnie od tysięcy lat, więc czuję, że jednak, jako dziecko, jedząc jabłko z dzikiego drzewa cmentarza św. Bernarda wchłonąłem, oprócz rajskiego, słodkiego smaku, gorycz odsuwanego od sceny życia artysty.
Świadomy ram, jakie narzuca forma artykułu mogę tylko dodać głęboką myśl Leona Chwistka (1884–1944), dotyczącą nie tylko artystów, ale także innych istot wykazujących się twórczym kreowaniem nieznośnej rzeczywistości: Do tego, abyśmy mogli korzystać z życia w całym tego słowa znaczeniu, potrzeba, aby pewna grupa ludzi znajdowała się poza życiem, w świecie marzeń, bo użyteczność na dalszą metę tkwi w tych marzycielach i abstrakcjonistach.
Karl von Holtei szukał bohaterów do swoich sztuk wśród Polaków. Imponowali mu swoim romantyzmem i patriotyzmem.
W wierszu „Ostatni Polak” z 1832 r. i sztuce teatralnej „Stary wódz” wybił na pierwszy plan panującego w Niemczech ducha tzw. „zachwytu Polską”. W owym czasie szerokie kręgi niemieckiego mieszczaństwa wyrażały sympatię dla dążeń wolnościowych Polski (powstanie listopadowe 1830).
foto
foto
foto
Wacław Grabkowski 2009
Źródła:
Cytaty pochodzą z artykułu Leszka Ziemianko, ,,Sława – pamięć – tożsamość. Karl von Holtei we Wrocławiu”, z: M. Kurnik, ,,Karl von Holtei. Ein Lebensbild”, Breslau 1880 i z: Karl von Holtei, ,,Vierzig Jahre”, Breslau 1862, [w:] ,,Literacki Wrocław. Pod redakcją Marty Kopij, Wojciecha Kunickiego, Thomasa Schulza”, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2007.
do ZPKSoft: Według K. Schindlera: Holtei jest Ślązakiem z krwi i kości. Ucieleśnia śląską wrażliwość, uczuciowość i usposobienie w sposób skończony. [...] Łatwo się zapalał, często zachowując się jak dziecko. Nie był człowiekiem kierującym się rozumem, brakowało mu silnej woli, właściwie nigdy nie miał prawdziwych, dobrze przemyślanych planów; ale jedno postanowił sobie świadomie i zdecydowanie: być Ślązakiem i kochać Śląsk".
Zaś Leszek Dziemianko (Karl von Holtei we Wrocławiu, Wrocław Literacki 2007) pisze: ,,Gorzki smak porażki towarzyszył Holteiowi również podczas pobytów w nadodrzańskiej metropolii. Gdy w 1834 r. odważył się po raz pierwszy od lat pojawić się na deskach Kalte Asche - we własnym quodlibecie Eines Schauspielers Morgenstunde (1846), stanowiącym kontaminację fragmentów z różnych utworów klasyków literatury dramatycznej, zawierającym satyryczne refleksje na temat mechanizmów rządzących teatrem, ,,wzniecił w gazetach ogień dawnej wrogości"".