artykule niniejszym pozwolę sobie przedstawić fragment życiorysu szefa redakcji fotograficznej "Suddeutsche Zeitung" jaki został opublikowany w kwartalniku historycznym "Karta" nr 31/2000. Dotyczy on tego etapu jego życia, który był bezpośrednio związany z Wrocławiem. Zanim jednak zacznę chciałbym słowami wstępu przybliżyć postać Ulricha Frodiena.
Bohater artykułu urodził się w 1927 roku. Mieszkał w Breslau gdzie mająć 14 lat z przerażeniem stwierdził, że pochodzi z polskiej rodziny z Pomorza (matka - Jadwiga z domu Wieczorek po adopcji otrzymała nazwisko Latofski). Swego pochodzenia wstydził się na tyle mocno, że nigdy o nim nikomu nie wspominał szczególnie w okresie, gdy w wieku 14 lat został z wyróżnieniem przyjęty do wrocławskiego Hitlerjugend.
Wiosną 1944 roku został skierowany do koszar w Nysie, gdzie ze zdziwieniem stwierdził, że większość żołnierzy w jego oddziale nie umie pisać i czytać po niemiecku bowiem są Polakami z tzw trzeciej Volkslisty. Podczas walk o Budapeszt był zaskoczony odwagą i bohaterstwem żołnierzy niemieckich polskiego pochodzenia, którzy praktycznie wszyscy zginęli w trakcie walk o stolicę Węgier prezentując sobą dzielność, ofiarność i odwagę. Sam Frodien ciężko ranny znalazł się w szpitalu pod Wrocławiem. Jego ojcu, lekarzowi wojskowemu udało się zdobyć glejt, dzięki któremu syn mógł wrócić do samego Breslau, do rodziny.
Tu właśnie zaczyna się jego "przygoda" z Breslau dni ostatnich.
"Owego styczniowego dnia wracałem z moim ojcem po zaśnieżonych drogach do Breslau tak szybko, jak to tylko możliwe. Wtedy przeczuwałem już, co się miało zdarzyć, choć uświadomiłem sobie to dopiero, gdy mijaliśmy kolejną, niewielką stację kolejową.
Przejeżdżały tędy pociągi towarowe wypełnione niemieckimi uciekinierami. Na ich twarzach malowały się przerażenie i rozpacz. Zatrzymaliśmy się i zaczęliśmy z nimi rozmawiać. Pochodzili z Reichsgau Wartheland, przymusowo zgermanizowanej części Polski. Sowieci pojawili się tam tak szybko, że nie starczyło nawet czasu, by się spakować. Uciekinierom ledwie udało się ujść z życiem. Po uważnym zerknięciu na prawo i lewo dodawali wściekłym szeptem: "Nikt nas nie ostrzegł, bonzowie partyjni zmyli się pierwsi, żaden z nich o nas nie pomyślał".
Ci pierwsi uciekinierzy niemieccy głęboko mną wstrząsnęli. Po co ofiary, trud i znój na froncie, skoro teraz nasi muszą uciekać? I nagle przemknęło mi przez głowę, że może już nigdy nie bedziemy jechać tymi drogami, że to wszystko: polowania, czas żniw spędzony razem z wesołymi dziewczętami, mieszkanie w Breslau, miasto, kraj, że to wszystko zniknie sprzed moich oczu na zawsze.
Do Breslau dojechaliśmy dopiero wieczorem. W zasypanym śniegiem mieście panowały ciemności.
W zasadzie od początku wojny obowiązywało ścisłe zaciemnienie z powodu zagrożenia nalotami.
Nie paliły się lampy uliczne, a wszystkie okna były zakryte nieprzepuszczającym światła czarnym papierem. Reflektory nielicznych samochodów (benzyna była reglamentowana) przysłaniano czarnymi klapkami, przez które przedostawała się jedynie wąska smuga światła. W Breslau położonym po za zasięgiem alianckich bombowców, nie trzymano się tych przepisów ściśle. Tym bardziej rzucało się teraz w oczy, że miasto nagle pogrążyło się w mroku. Dotąd nie odczuwało się tu wojny. Działały kina, organizowano koncerty, restauracje i kawiarnie były przepełnione, a urzędy i instytucje pracowały tak jak przed wojną. Jedynie na ulicach przeważały mundury, bo wiekszość mężczyzn znalazła się w wojsku.
Ledwie dotarliśmy do naszego mieszkania, kiedy nagle rozdzwoniły się telefony. Przyjaciele, znajomi, krewni i pacjenci ojca gorączkowo wypytywali o nasze plany i możliwości ucieczki z miasta, które wibrowało od paniki i przerażenia. Nie było żadnych rzetelnych informacji, nie licząc uspokajającej papki serwowanej przez gazety i radio, którym nikt już nie wierzył. Wszystkich zalała fala plotek i przypuszczeń, które potęgowały powszechny strach i nerwowość.
Siedzieliśmy w mieszkaniu: matka, mój młodszy brat Michael, ojciec i ja, zastanawiając się, co powinniśmy zrobić.
18 stycznia podano, że przed sześcioma dniami w centrum Polski zaczęła się ofensywa sowiecka, a teraz Sowieci dotarli już na Górny Śląsk, przekroczyli dawną granicę polsko - niemiecką i nadal prą naprzód.
Nie mysleliśmy długo. Załadowaliśmy na samochód najpotrzebniejsze rzeczy i postanowiliśmy, że jutro rano matka z bratem wyruszą na zachód.
W tych dniach najlepiej było widać, z jak niesamowitą szybkością zmieniało się miasto. Nikt już nie odśnieżał ulic, nie wywoził śmieci, a tramwaje jeździły coraz rzadziej, aż w końcu i ich zabrakło. Z ulic zniknęli policjanci, a brązowe mundury członków partii pochłonęła ziemia, jakby nigdy nie było żadnej NSDAP. W sklepie dawano na kartki żywnościowe (wprowadzone przed sześcioma laty) podwójne lub potrójne porcje: "Proszę brać, zanim Iwan weźmie". Następnego dnia sklep był już nieczynny a właściciel zniknął. Zamykano kina i restauracje. W ciągu zaledwie kilku dni zycie zupełnie się zmieniło - Breslau ogarnął gorączkowy niepokój. Miasto pachniało już frontem, pachniało ogniem i smiercią"
bonczek/hydroforgroup/ 2005 - "Karta" nr 31/2000