|
starsze nowsze oceń zdjęcie | skomentuj ocenę | 6 głosów | średnia głosów: 3.09
Lata 1940-1944 , Opis na zdjęciu: "Moja droga do szkoły przez Goethepark 8 (1 klasa). Po mojej prawej i lewej stronie stoją przyjaciółki ze szkoły. "Skomentuj zdjęcie
|
2 pobrania 675 odsłon 3.09 średnia ocen Poprzednie i następne zdjęcia Wojciech Szuba Obiekty widoczne na zdjęciu Rodzina Pasternak więcej zdjęć (7) Wspomnienia Brigitte Kleiner z domu Pasternak cd. Szkołę rozpocząłem wiosną 1941 r. Do szkoły chodziłam przez przyjemny Park Goethego do Liceum (Szkoła Królowej Luizy). Nasza nauczycielka, pani Alberta, była wdową i miała córkę, wszyscy nazywali ją Heli. Heli był najlepsza w klasie i była wyjątkową osobą. Pani Albert była z córką w Stargardzie od niedawna i byliśmy jej pierwszą klasą. Była Niemką sudecką i niestety musiała porzucić to, co wciąż kochała najbardziej. Heli zmarła na ciężkie zapalenie płuc i dla nas, dziewczyn, był to też ogromny szok, którego nie mogliśmy zrozumieć. Wszyscy byli w wielkiej żałobie i pani Albert potrzebowała dużo czasu, zanim mogła wznowić z nami lekcje. W sierpniu tego samego roku mój ojciec został wcielony do Wehrmachtu, mimo że miał tylko jedną nerkę. Moja mama zostła sama w ósmym miesiącu ciąży ze mną i interesem, bo inni czeladnicy piekarze też musieli iść do wojska. Mama oczywiście chciała zamknąć firmę, ale nie pozwolono jej na to. Władze powiatowe przydzieliły jej Polaka, który wraz z praktykantem miał przejąć pracę w piekarni. Niestety to nie zadziałało. Polak był bardzo porywczy i rzucił drewnianym butem w ucznia. Nie mówił też po niemiecku i nienawidził wszystkich Niemców, co można zrozumieć z dzisiejszej perspektywy. Któregoś dnia nasz uczeń został ciężko ranny, gdy Polak miał gwałtowny wybuch gniewu. Moja mama się załamała i w końcu zamknęła sklep. Moja siostra urodziła się 24 września 1941 r. i podobnie jak ja została ochrzczona w protestanckim kościele św. Jana. Nasz samochód, DKW, stał w jakimś garażu na starym mieście i nie wolno było nim jeździć, bo nie dostaliśmy czerwonej flagi. Kiedy mój ojciec nie został jeszcze powołany do Wehrmachtu, często w niedzielne poranki chodził ze mną do garażu, aby obejrzeć nasz samochód. Niestety już nigdy więcej tym nowym samochodem nie pojechałem z rodziną bo został skonfiskowany i wykorzystany na froncie. Ponieważ nasz sklep był już zamknięty, moja mama poszła w weekend pomóc moim dziadkom w sklepie mięsnym. Tutaj już jako młoda dziewczyna uczyła się zawodu sprzedawczyni mięsa. Jak mi wszędzie mówiono, była bardzo pracowita i chętna do pomocy. Moi dziadkowie, Karl Pasternak i jego żona Marta, bardzo cenili moją mamę i byli bardzo szczęśliwi, gdy ich najstarszy syn Kurt, który był mistrzem piekarskim i miał już własną firmę, wziął moją mamę za żonę. Moi dziadkowie mieli czterech synów i wszyscy zostali wcieleni do Wehrmachtu podczas wojny. Najstarszy syn Kurt (mój ojciec) i najmłodszy syn Ernst-Ulrich Pasternak przeżyli straszną wojnę, natomiast najstarszy syn Fritz zaginął i nigdy nie wrócił do domu. Był także mistrzem rzeźniczym i prowadził sklep mięsny przy Jobststrasse w Stargardzie. Syn Hans Pasternak, który w czasie wojny ożenił się z Hildchen, niestety wkrótce po niej zginął. Fritz Pasternak pozostawił dwójkę dzieci, córkę Christel (mieszka w Lipsku) i syna Karla-Heinza (mieszka z rodziną w Falkensee pod Berlinem). Ku uciesze dziadka Karl-Heinz został także mistrzem rzeźniczym i założył własną firmę w Nauen. Obecnie jest na emeryturze.Podobnie jak wielu innych, moi dziadkowie musieli opuścić ojczyznę i stracili dobytek. Moja babcia Marta Pasternak zmarła wkrótce po ucieczce i została pochowana w Greifswaldzie. Dziadek Karl Pasternak przez kilka lat mieszkał ze swoim najmłodszym synem Ulrichem Pasternakiem i jego żoną Gretchen w Lassan. Dziadek Karl Pasternak ożenił się ponownie i udał się do ówczesnego Berlina Zachodniego. Zmarł tam w wieku 91 lat. Pod koniec lutego 1945 roku moja mama musiała opuścić dom na zawsze, razem ze mną i moją siostrą. Przez kilka tygodni dzień i noc mieszkaliśmy w piwnicy. Stargard był wówczas obszarem frontowym i nie było już ostrzeżeń o nalotach. Zaraz na początku pierwszego ataku, kiedy w domu powybijały się wszystkie okna, najmłodsza córka naszego gospodarza, Helga Schewe, następnego ranka wyszła na ulicę i zamiatała, a raczej chciała zamiatać kawałki. Nagle została ostrzelana z broni pokładowej i doznała obrażeń. Mówi się, że następnie została przewieziona do szpitala w Szczecinie. To rosyjskie dwupłatowce strzelały z powietrza do każdego, kto się pojawił. To był trudny i pełen wrażeń czas dla nas wszystkich. Potem była chwila oddechu. Nagle usłyszeliśmy odgłosy ciężkich czołgów i pomyśleliśmy, że Rosjanie wkraczają, ale byli to jeszcze żołnierze niemieccy z czołgami, ciężkimi działami itp., którzy wrócili z frontu przed bramy Stargardu całkowicie wyczerpani, brudni i ranni. Następnie powiedzieli nam, że Rosjanie byli już u bram miasta i zostali przez nich odparci. Żołnierze najpierw zakwaterowali się u nas. Przeciągnęliśmy wszystkie koce i łóżka (które jeszcze mieliśmy od czeladników, którzy nocowali z nami w domku) oraz przygotowywaliśmy gorącą wodę, termofory oraz do mycia i golenia. Po zjedzeniu i głębokim spaniu w nocy następnego ranka ruszyli dalej. Potem usiedliśmy w piwnicy i wszystko zaczęło się na poważnie. Była z nami także niejaka pani Petrich z trójką dzieci. Najstarsza dziewczynka miała na imię Edyta, oraz chłopiec (którego imienia nie pamiętam) i kochana Rös'chen (maluch). Moja mama gościła panią Petrich, która mieszkała na Jobststr. Poznali się przez mojego ojca, ponieważ pan Petrich i mój ojciec byli razem na wojnie, więc byli towarzyszami broni. Siedzieliśmy wszyscy w piwnicy, moja mama mocno trzymała mnie i siostrę w ramionach, ponieważ jedna detonacja następowała po drugiej, a silne ciśnienie powietrza uniosło nas na sufit piwnicy. To było okropne! Podczas krótkiej przerwy po schodach do piwnicy nagle zbiegł mężczyzna. (Był w brązowawym mundurze i nie wiem, czy to był Volkssturm, SA, czy coś podobnego.) Bardzo się zdziwił, że w piwnicy są jeszcze ludzie i głośno krzyknął. Powiedział, że musimy natychmiast uciekać, bo domy po naszej prawej i lewej stronie są już zniszczone i wszystko się pali. Pani Petrich chciała się wydostać ze Stargardu jednym z ostatnich transportów uchodźców. Mama powtarzała, że chce jechać do Berlina, a nie w nieznane ale jak to często robiła wcześniej, powiedziano jej, że Berlin jest zamknięty z powodu Tyfusa. Jednak musieliśmy wyjść. Wózek był więc spakowany, siostrę położono na górze, a ja musiałam pchać wózek. Moja mama musiała nieść dwie walizki. Gdy wyszliśmy z piwnicy, panował straszny dym, po prawej i lewej stronie ulicy wybuchały pożary i pospieszyliśmy w stronę przejazdu kolejowego na środku ulicy (gdzie była jeszcze dostępna wąska ścieżka). Chcieliśmy udać się do rodziny Reinholda Schumanna, która mieszkała przy Preußenweg 55 (ul Kościuszki). Niestety, wytchnienie od ataku skończyło się w chwili, gdy przejeżdżaliśmy przez tunel kolejowy. Biegliśmy tak szybko, jak mogliśmy, a nasi niemieccy żołnierze dosłownie zaciągnęli nas do koszar, gdzie mogliśmy się uratować i tam z wieloma innymi osobami musieliśmy spędzić noc w piwnicy. Byliśmy tam dobrze chronieni i jedyne, co słyszeliśmy, to słabe dudnienie. Bardzo szybko zasnąłem. Rano dowiedzieliśmy się, że w nocy w bocznym skrzydle koszar spadła bomba. Ponieważ było jeszcze spokojnie, wyruszyliśmy i bez przeszkód dotarliśmy do Preußenweg 55. Rodzina Schuhmannów posiadała tam bardzo ładną posiadłość z domem i dobrze prosperującą masarnią oraz nowoczesną rzeźnią, w której dokonywali uboju, a także wyrabiali kiełbasę. Byliśmy ze sobą bardzo przyjaciółmi. Nazywałem ich wujkiem i ciocią. Mieli dwóch synów, Jürgena (był starszy) i Klausa. Wujek Reinhold zabrał żonę i dzieci w bezpieczne miejsce i wrócił do Stargardu. W jego domu stacjonowały siły obrony przeciwlotniczej, wyposażone w radary i tym podobne. Wiedzieliśmy więc dokładnie, jak daleko jest front i czy zbliżają się wrogie bombowce. To nas w tej chwili bardzo ucieszyło. Dalej wszystko działo się bardzo szybko. Mama zawiozła nas dwie dziewczynki na Stettiner Str. Były tam wszystkie pojazdy Wehrmachtu. Zatrzymywano wyjeżdżających ze Stargardu i pytano, dokąd idą? Mieliśmy dużo szczęścia, bo drugi pojazd jechał do Berlina. Bagaż został szybko załadowany, a moja mama i dwóm dziewczynom pozwolono usiąść przed kabiną kierowcy. Było tam trochę ciasno, ale przynajmniej było miło i ciepło. Było to w drugiej połowie lutego 1945 roku i panowała bardzo mroźna zima. Niestety podróż została przerwana w porze lunchu, gdyż żołnierze musieli załadować amunicję w magazynie, do którego oczywiście nie pozwolono nam iść. Żołnierze powiedzieli, że nie powinno to zająć zbyt długo. Bagaże zostały w aucie i znaleźliśmy się na dziko na skraju lasu. Dobrze, że byliśmy tak grubo ubrani (kilka sztuk odzieży jedna na drugiej), bo gdy zachodziło słońce, nie było widać żadnego samochodu, Przestraszyliśmy się, zaniepokoiliśmy i było nam bardzo zimno, mimo że ciągle byliśmy w ruchu. Byliśmy bardzo szczęśliwe, kiedy przyjechał samochód i mogliśmy wrócić do środka. Gdzieś po drodze zatrzymano nas aby zabrać kolejną rodzinę, która musiała usiąść z tyłu na skrzyniach z amunicją, a pod plandeką musiało być dość zimno. Zasnąłem i obudziło mnie kołysanie i dudnienie samochodu. Jak się dowiedziałem, byliśmy przed Berlinem i musieliśmy unikać bomb nad wzgórzami i dolinami. W tej chwili miał miejsce kolejny poważny atak w Berlinie. Szybko zrozumiałam, w jakim wielkim niebezpieczeństwie się znaleźliśmy, ponieważ cały nasz ładunej był pełen amunicji. Na szczęście wszystko poszło dobrze i do dziś podziwiam tych żołnierzy. Późnym wieczorem, gdy już wszystko się uspokoiło i ludzie wychodzili z piwnic, dotarliśmy do Schwanebeck niedaleko Buch. Wszędzie z piwnic wychodzili ludzie, którzy chcieli jak najszybciej dostać się do swoich mieszkań. Żołnierze pytali ich, kto może zapewnić nam dach nad głową chociaż na jedną noc? Wszyscy się strasznie spieszyli, tylko jedno starsze małżeństwo zlitowało się nad nami. Mieszkali w bardzo ciasnych warunkach pod dachem o pochyłych ścianach. Mieszkał z nimi także dorosły syn. Musiał spać na sofie, a nasza trójka dostała łóżko do spania. Byliśmy bardzo szczęśliwi i wdzięczni tym prostym ludziom. Po śniadaniu chcieliśmy udać się na stację kolejową Buch i złapać pociąg do Dallgow-Döberitz, gdzie mieszkały dwie moje ciotki (siostry mamy). To była trudna podróż pieszo, na szczęscie syn ludzi z hostelu wziął rower i użył go do transportu naszego bagażu (2 walizki). Po drodze zatrzymał stary powóz konny prowadzony przez Polaka. Chciał też iść na stację kolejową i pozwolono nam iść z nim. Teraz wszystko poszło gładko, bez alarmów i przeszkód dotarliśmy do celu, gdzie znaleźliśmy nowy dom i tak jest do dziś. (Wojtek W.S) ul. Wyszyńskiego Stefana, kard. więcej zdjęć (269) Dawniej: Bahnhofstrasse, Józefa Stalina, Buczka Mariana Otwarta w 1856 r Przy liczącej 24 numery ulicy zlokalizowane były zakłady i punkty handlowe o różnorakiej działalności (m.in. zakład elektryczny, sklep kolonialny, apteka, zakład szklarski, zegarmistrz, restauracja, zakład fryzjerski). Ulica Bahnhofstr. jako pierwsza w Stargardzie została zelektryfikowana. Uwagę widza zwraca infrastruktura: okazałe słupy elektryczne, lampy, skrzynka pocztowa i liczne szyldy reklamowe. ul. Skarbowa więcej zdjęć (59) |