Na wschodnim stoku góry Rosocha (vide opis Rosochy),
znajdują się ruiny poniemieckiej stacji radiowej, noszącej kryptonim "Rüdiger".
Jej przeznaczenie jest do dzisiaj niejasne i stanowi przedmiot sporu nie tylko historyków. Bez wątpienia, była ona ważnym ogniwem niemieckiego systemu łączności radiowej, a niewykluczone, że i radiolokacji. W internecie spotyka się różne, niekiedy wprost fantastyczne tezy, zawsze jednak nieudokumentowane. Na stronie internetowej "Barytu" czytam: z relacji pozostałych przy życiu francuskich jeńców wojennych z komanda 11801 Stalagu VIII A, pracujących w sąsiadującej z radiostacją kopalni rud żelaza (Eisenbergwerk Willmannsdorf - dopisek mój), wynika, że kompleks ten miał też inne przeznaczenie. Twierdzili, że Niemcy prowadzili tu doświadczenia z, jak to określili : " paleniem samochodów na odległość." (?). Dla mnie to zbyt daleko idąca fantazja: dla takich eksperymentów potrzebne byłyby mikrofale o ogromnej mocy i paraboliczne anteny skupiające silnie wiązkę wypromieniowanego sygnału. Ta technika w latach wojny była zaledwie w powijakach. Jako człowiek związany z radiem, postaram się przedstawić swoje refleksje na temat obiektu na górze Rosocha.
Wg, nie tylko moich spostrzeżeń, była to niewątpliwie radiostacja krótkofalowa. Świadczy o tym rozstaw pozostałych do dziś podstaw masztów (wież) antenowych wynoszący ~120 m - stąd przy założeniu, że gdyby anteną był dipol półfalowy, to częstotliwość pracy radiostacji wypadałby w dolnym zakresie krótkofalowym, tj. 2,5 ÷ 3 MHz. Zresztą przy każdej innej antenie typu drutowego (bo jakąż inną można by rozpiąć między masztami o ww. rozstawie?), częstotliwość jej pracy zawierałaby się w tym przedziale.
W tak niskim zakresie krótkofalowym nie pracowała (i nie pracuje) żadna radiofonia krótkofalowa, wykluczam zatem założenie, że obiekt mógł być jednym z setek niemieckich krótkofalowych nadajników radiofonicznych pracujących na potrzeby ministerstwa propagandy dra Goebbelsa, a skierowanych do zagranicznego słuchacza (zagranicznego, bo na skalach niemiec-kich Volksempfangerów nie było zakresu krótkofalowego, a w ogóle słuchanie w III Rzeszy radiostacji krótkofalowych było zabronione i surowo karane). Dalej: wspomniany zakres nie jest wykorzystywany raczej do dalekosiężnej łączności, w ciągu dnia zasięg stabilnego odbioru wynosi latem ok. 200 km do 300 km nocą (zimą odpowiednio 300 i 900 km). Warto jednak podkreślić fakt, że góra Rosocha ma szczególne własności propagacyjne, co zostało wielokroć udowodnione przez radioamatorów korzystających z tego miejsca do przeprowadzania łączności także w zakresach UKF - żadne inne okoliczne wzniesienie, nawet grubo wyższe, nie było tak przydatne jak Rosocha. Prawdopodobnie związane jest to z niską konduktancją ziemi, bo pamiętać należy, że wnętrzem góry są rozległe rudy żelaza i innych metali, których obecność ma zawsze decydujący wpływ na wybór miejsca na instalacje antenowe, w tym również odbiorcze. Proszę też zauważyć, że pół wieku temu "jakość" eteru była zdecydowanie korzystniejsza: moc 120 kW przedwojennej długofalowej radiostacji w Raszynie pozwalała na pokrycie zasięgiem całej Europy, zimą przyległych terenów północnej Afryki i Azji Środkowej, a nawet obu Ameryk. Dla uzyskania w latach 70. ub. wieku podobnego zasięgu, śp. radiostacja w Gąbinie musiała mieć moc bez mała 20 razy większą, bo aż 2 MW! Dzisiaj trzeba byłoby chyba kilkadziesiąt megawatów. Zresztą każdy może przekonać się sam o tym jak licha jest obecna przestrzeń radiowa - wystarczy posłuchać programu I Polskiego Radia nadawanego z Solca Kujawskiego. Może wcale nie było tak źle z zasięgiem i był akurat wystarczający? Niskie częstotliwości krótkofalowe zapewniają większą pewność łącza radiowego, choć o mniejszym zasięgu.
Zastanawiająca jest liczba nadajników ośrodka, a wynosi ona co najmniej 6. Na jednym ze zdjęć widać wyraźne do dzisiaj napisy zu Sender 5, zu Sender 6. To zagadka. Znane jest oczywiście urządzenie zwane sumatorem mocy, sumującym moc kilku nadajników, jednak jest kłopotliwe, trudne technicznie w latach 40., a poza tym jest stosowane w bardzo specyficznych rozwiązaniach. Bardziej skłaniałbym się do tezy, że nadajniki pracowały przemiennie na różnych częstotliwościach, wg jakiegoś algorytmu, w celach kryptażu przesyłanych informacji.
Kolejną sprawą jest hipotetyczna moc nadajników radiostacji: z wielkości komory stacji trafo i wielkości zbiornika do chłodzenia lamp stopni mocy radiostacji wnioskuję, że była duża, a oceniam ją na co najmniej kilkanaście - kilkadziesiąt kW. Zagadką jest sposób doprowadzania energii elektrycznej do obiektu - nie ma żadnego śladu linii kablowej czy napowietrznej.
Następną zagadką jest dochodzący do radiostacji sygnał modulujący. Nie ważne czy była telegrafia, Hellschreiber czy najzwyklejszy sygnał foniczny: zawsze musiał być gdzieś generowany i przesyłany. Przez kogo? Nie sądzę, żeby na miejscu był "mózg" całego przedsięwzięcia, zbyt skromne były obiekty ośrodka. Czyli kolejne pytanie: skąd? Następne: jaką drogą przesyłano tu sygnały? Radiolinią? Kablem telefonicznym? Przywożone nagrane na płytach lub szpulach znanych już drutofonów? Cóż to zatem mogłoby być do licha? Usytuowanie anteny powodowało, że promieniowała dokładnie w kierunku północ - południe. Kierunek południowy jest przesłonięty pasmem Sudetów z najwyższym: Karkonoszami. Przy niskich częstotliwościach radiowych góry wprowadzają tłumienność - Niemcy nie mogli tego pominąć. Zatem północ? Otwarta, bez przeszkód aż po najdalszy horyzont. Bałtyk? Jakby trochę za daleki. Berlin? Bez sensu, istniał wówczas pewny, stabilny system dalekosiężnej telefonii wielokrotnej. Łączność zapasowa? Podobne ośrodki zbudowano w Krotoszycach i pod Strzegomiem (jeszcze przeze mnie nie spenetrowane, he, he), może stanowiły jakąś logicznie powiązaną całość? Pewnym jest, że tajemnicę Rosochy i innych radiostacji zabrali ze sobą żołnierze zwycięskiej Armii Radzieckiej, wziąwszy ze sobą zdemontowane wyposażenie radiostacji. Jeszcze jedno, dość ważne: Rosocha i okolice broniły aż do czerwca 1945 r. Nawet z tego powodu nazywane są niemieckim Westerplatte. Posłużę się tu ponownie cytatem ze strony "Barytu":
....w połowie lutego 1945 roku, Rosjanie przypuścili z kierunku południowego szturm na to wzgórze. Poprzedzony on był precyzyjnym ostrzałem artyleryjskim, co potwierdzają ruiny stacji. Zrównane z ziemią zostały obiekty koszarowe, ale konstrukcja głównej budowli, kryjąca urządzenia radiowe i zespoły agregatów w zasadzie nie została naruszona. Po kilkudniowych, i szczególnie zaciętych walkach, radiostacja padła. Jednak część sił niemieckich, rozlokowanych na pobliskich wzgórzach utrzymywała nadal zdolność bojową. Zachowany do dzisiaj, układ transzei strzeleckich wokół Stanisławowa, wskazuje, że Niemcy przygotowani byli do obrony z kierunku północnego. Zaskoczeniem dla nich był zapewne sowiecki manewr oskrzydlający, skutkujący atakiem na ich tyły i szturmem na Willmannsdorf - od południa. Niewyjaśnione pozostają do dziś powody, tak zacięcie prowadzonej przez Niemców obrony, tych raczej nie mających strategicznego znaczenia, terenów. Zadziwia też fakt, że znajdująca się nieopodal, najnowocześniejsza wówczas w III Rzeszy (uruchomiona w 1939 roku) kopalnia rudy miedzi nosząca nazwę "Lena"), nie była broniona.Według relacji naocznych świadków - polskich robotników przymusowych, zatrudnionych w pobliskich wsiach, poddających się tu Niemców, Rosjanie nie brali do niewoli. Po wkroczeniu na Rosochę, Sowieci pośpiesznie rozmontowali całe wyposażenie obiektu i po przetransportowaniu do Jawora, dalej koleją, wysłali na wschód. Czy były to tylko zwykłe urządzenia do łączności dalekosiężnej ?. Trudno powiedzieć......... Tereny te, były świadkiem szczególnie ciężkich walk i wielu okropności. Do dzisiaj ziemia ta kryje wiele tajemnic, niezliczone szczątki obrońców i masę wojennego żelastwa. Przyciąga to eksploratorów i poszukiwaczy militariów z całego kraju. Jeszcze długo po wojnie, zardzewiała śmierć zbierała tu krwawe żniwo. Proces rozminowania tych terenów trwał do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Świadczyć o tym mogą mapy sztabowe WP z tego okresu, na których zaznaczono te tereny jako jeszcze zaminowane.
Nie można dać całkowitej gwarancji autentyczności powyższych słów, ze swej strony zamierzam jednak dalej ciągnąć tę sprawę, bo znam ludzi, którzy bywali w tych stronach w pierwszych powojennych latach.
PS. Znalazłem niemiecką stronę internetową poświęconą krótkofalowej radiostacji lat minionej wojny w miejscowości Ragow, w Brandenburgii, a obecnie zamienioną w muzeum .Proszę popatrzeć na zdjęcie obiektu: http://farm3.static.flickr.com/2166/2146320626_71cf6dfb0c_b.jpg. Tak prawdopodobnie wyglądał ośrodek na górze Rosocha, a niewykluczone, że ten z Ragow, leżący zresztą całkiem blisko polskiej granicy, był jednym z wchodzących w skład nierozpoznanego przez nas systemu radiokomunikacji III Rzeszy Niemieckiej.
Świetne opracowanie. Bardzo ciekawi mnie ten czerwiec 1945 r. Jako wyizolowana jednostka mogli nie mieć wyjścia jak trwać na tym wzgórzu, zwłaszcza że jak pokazują znaleziska - broń mieli. Do końca 1945 r., a może i dłużej grzbietami Sudetów przemykały cienie niedobitków wojsk niemieckich, zmierzających byle dalej od czerwonej zarazy.