Relacja z uroczystości otwarcia księgarni im. Stana Tymińskiego we Wrocławiu
Wszystko rozpoczęło się gromkim (choć trzyosobowym) „Sto lat, pan prezydent niech żyje nam sto lat”, po czym padło: – Bardzo dziękuję, nawzajem. No, to Jest wielki majątek w tych książkach, czy ktoś pilnuje tego nocą? Były to pierwsze słowa wypowiedziane przez Stana na księgarnianej ziemi. Dalej prym wiodła, na przemian z małżonkiem, właścicielka Księgarni im. Stana Tymińskiego. – Ludzie z ogromnym szacunkiem odnoszą się do tych książek. Duże jest zainteresowanie, każdy pragnąłby mieć w domu taką książkę. – Naprawdę? – zainteresował się Stan. – Naprawdę! – zapewnił właściciel. – Kiedyś prowadziliśmy piękne kwiaty (dziś rozsady kalii i cytrusów usychają pod „Świętymi Psami” – przyp. red.), teraz natomiast sprzedajemy tę wspaniała książkę, to wspaniałe dzieło, pisane ręką wielkiego Polaka i pragniemy, aby to dzieło, ta książka, dotarła do każdego domu, pod każdą polską strzechę, ponieważ jest naprawdę tego godna. Wiele się można z niej nauczyć: jak żyć, jak być dobrym człowiekiem, jak kochać Boga, jak iść z nim przez życie. Jak dobrze pracować. (...) Każdy kapłan, każda zakonnica powinna tę książkę, to wielkie dzieło, naszego kochanego prezydenta tysiąclecia, wziąć na wielkie modlitewne rozważanie i uczyć się jak żyć z Bogiem. – Jak żyć w ogóle – dodał małżonek pani Marli Kwasiróg – jak się traktować nawzajem, jak śię szanować. – Tu nastąpił szereg nauk umoralniających. – Niezależnie od tego pragniemy żyć tylko pod wodzem Stanisława Tymińskiego, bo jesteśmy zbulwersowani, ze człowiek bez wykształcenia... – kontynuował, a na końcu – no! W kilka chwil późnlej, Jak zwykle spostrzegawczy naród polski, wywąchawszy sensację, przybiegł wykrzyczeć wszystkie żale, prosto w twarz (zza kslęgarnianej szyby) „prezydenta tysiąclecia”. Ludu i wrzasku przybywało, nikt jednak przezornie nie odważył się wejść do wnętrza ustrojonego tysiącami egzemplarzy jednych, jedynych „Świętych Psów”. Usiłuję zadać Tymińskiemu kilka pytań, m.in. o to jak został przyjęty po powrocie do kraju. W odpowiedzi słyszę, że bardzo dobrze, choć jest pewna opozycja, lecz on opozycję szanuje. I Bogu dzięki, ponieważ w innym wypadku mogłoby dojść do jatki, bowiem gromadzący się dookoła tłum zaczyna być coraz bardziej żądny krwi. Atmosfera odmienna była od tej z pamiętnego wiecu na Politechnice Wrocławskiej. Ponieważ tłum nie zareagował na zaproszenie do wnętrza, Stan Tymiński pofatygował się na zewnątrz. Naród obdarzał go rozmaitymi epitetami, on sam zaś odpowiadał wyrazami szacunku i prośbami o nieużywanie argumentów i kulturę. Zebrali się tu okoliczni sprzedawcy, taksówkarze, KPN-owcy i alkoholicy. Każdy mówił swoje, zadawał pytania, a niedoszły prezydent twierdził, że nie daje się mu możliwości dojścia do głosu. Było o emeryturach, rentach, Jałcie, skurwysynach i latach niewoli. Później o żonach prezydentów i premierów, prywatyzacji, Żydach, nadziei - matce głupich i represjach Wałęsy. Sympatię wyrażano podsuwając pod Stanowy nos „Święte Psy”. Skąd zainteresowanie nieznanym do niedawna przybyszem? Po prostu: – Zostałem rozpoznany jako patriota.
Źródło: „Dziennik Dolnośląski” nr 75, 11-13 stycznia 1991, str. 2