"11 lutego zamknął się pierścień wokół Wrocławia. Miasto ogłoszone zostało twierdzą. I wtedy zaczęły się przygotowania do budowy lotniska na placu Grunwaldzkim. Wszystko co żyło musiało iść do pracy na plac. Otrzymaliśmy z dr. E. Lewandowską Festung-Arbeitskarty, które musiały być codzień stemplowane. Musieliśmy się stawić do pracy na placu. Nie było innego wyjścia. Zgłośić się do punktu zbiorczego trzeba było o 23.
Trzymano nas na podwórzu, potem Niemcy formowali z nas grupy i pędzili na plac Grunwaldzki rozmaitymi ulicami, na których znów staliśmy i czekaliśmy aż się rozwidni albo aż przelecą samoloty radzieckie. Praca na placu Gruwaldzkim zaczynała się o 4 rano.
Nie zapomnę dnia, kiedy nas prowadzono po raz pierwszy. Wyszliśmy na jakąś boczną ulicę. Wszystkie domy paliły się jak pochodnie, niektóre dopalały się ... Bez przerwy padały bomby i pociski artyleryjskie. Na ulicach pełno żaru, że oddychać nie było czym. Przechodziliśmy koło jakiegoś domu już wypalonego. Pod wpływem żaru z progu głównego wejścia wydzielały się w jednym punkcie gazy, które paląc się tworzyły znicz na tle czarnych oczodołów okien i drzwi. Wyglądało to upiornie.
Na placu Grunwaldzkim tłoczyło się około 60 tys. ludzi wszystkich narodowości, zegnanych z całego Wrocławia. Najwięcej było Niemców, sporo Francuzów, Włochów i Polaków. Niemcy pracowali nadzwyczaj gorliwie, podczas gdy my staralismy się tylko udawać. Hitlerowcy podpalili lub wysadzili na placu Grunwaldzkim wszystkie domy. Ze względu na podział pracy musieliśmy gorące jeszcze mury rozbierać i cegły układać w stosy. Inni znów jeńcy cegły te rozwozili taczkami i rozbijali młotkami na gruz. Pod placem Grunwaldzkim spoczywa dziś grubości przeszło pół metra równa płyta z rozbitej cegły.
Pracowaliśmy pod stałym obstrzałem artyleryjskim lub lotniczym. Schronić się nie było gdzie. Nie chcąc "zafasować" odłamka metalu kopałem sobie codziennie obok mego stanowiska pracy podłużny dół w kształcie grobu, w którym mogłem się położyć przy ostrzale lub bombardowaniu. A widziałem niejednokrotnie jak pociski rozrywały ludzi. Najpierw błysk, słup dymu w górę a potem spadało po kawałku ludzkie ciało. Ofiar było dużo. Karetki pogotowia kursowały bez przerwy, zabierając przede wszystkim rannych. Pamiętam była akurat Wielka Sobota. Zapowiedziano, że jeśli wcześniej odrobimy wyznaczoną dzienną normę, bedziemy mogli iść do domu. Nie wierzyłem w te obietnice. Gorliwi robotnicy niemieccy wykonali normę za siebie i za nas, mimo to nikogo nie puszczono wcześniej. Wszyscy byli wzburzeni, ale nikt tego nie okazywał. Niechby spróbował...Wszyscy wiedzieli, czym to pachnie....Postanowiłem wówczas wykręcić się od tego koszmarnego zajęcia..."
Fragment wspomnień Aleksandra Szniolisa "Ucieczka przed śmiercią" opublikowanych w "Trudne Dni" II tom TMW 1961