Chciałbym dziś przypomnieć historię dawnej strażnicy między zaborem pruskim a rosyjskim. Strażnica ta jest zresztą usytuowana po obu stronach granicy: w Anastazewie po stronie pruskiej i na krańcach wsi Salamonowo, od strony Ostrowitego, na niedużej górce…
Nie udało mi się ustalić, jak stary jest to budynek, ale wspominał o nim już mój dziadek,urodzony w 1870 roku, który pamięta go z czasów, kiedy to jako 9-letni chłopczyk jeździł z ojcem do krewnych czy znajomych do wsi Smolniki. Naturalnie, żeby taką podróż można było odbyć, trzeba było z Urzędu Gminy w Ostrowitem i z posterunku żandarmerii rosyjskiej uzyskać specjalną przepustkę, tzw. bilet. Inaczej nie dało się przekroczyć granicy. I dziadek doskonale pamiętał, że już wówczas, w 1879 roku, ta strażnica stała. Parę metrów dalej w stronę Budzisławia były jeszcze niewielkie budynki wojskowe – koszary rosyjskiej straży granicznej, potocznie nazywane Prochownią. Był to garnizon tzw. obienszczikow – oddziału konnicy, patrolującego pas graniczny między Niemcami a Rosją. Już w latach Polski odrodzonej, po 1918 roku, w tym budynku mogli znaleźć schronienie ludzie, którzy nie mieli dachu nad głową, bo właściwie nie należał on do nikogo. Rozebrali go dopiero hitlerowcy.
Do 1914 roku to przejście graniczne w maleńkiej, biednej wiosce Salamonowo było jedynym przejściem, w dodatku z funkcjonującą komorą celną, od Słupcy przez Kosewo aż do Anastazewa. Po wejściu Niemców aż do listopada 1918 roku obowiązywał w nim porządek niemiecki. Między 1914 a 1918 rokiem granica nadal funkcjonowała i politycznie, i celnie, choć może nie tak rygorystycznie, jak przedtem. Strażnica, o której chcę bliżej opowiedzieć, zajmuje ważne miejsce w najnowszej historiografii nie tylko mojej gminy. Pamiętniki, opisujące rozbrajanie Niemców i rodzenie się nowej
Rzeczpospolitej, wspominają szeroko pewien fakt z nią związany. Między 11 a 15 listopada 1918 roku oddział Polskiej Organizacji Wojskowej ze Słupcy, wspomagany przez ochotników z okolic, dotarł do Anastazewa, gdzie byli jeszcze Niemcy. Na wzgórku, na którym stoi strażnica, wywiązała się regularna bitwa, gdyż Niemcy nie chcieli się poddać. Potyczka zakończyła się krwawo, bo zginęło dwóch żołnierzy niemieckich, ale w końcu zwycięski oddział POW zajął posterunek, zdobywając przy tym pokaźną ilość broni i amunicji. Strażnica weszła w ten sposób do najnowszej historii ziemi słupeckiej i była wymieniana w pamiętniku niejednego powstańca i w opracowaniach historycznych.
Po odzyskaniu niepodległości wszystkie zabudowania, należące kiedyś do okupanta rosyjskiego, przeszły na własność państwa polskiego. Naczelnik państwa, Józef Piłsudski, po 14 listopada wydał swój słynny dekret o powołaniu polskiej administracji szkolnej. Władze gminy Ostrowite postanowiły więc uruchomić w strażnicy w Salamonowie szkołę podstawową. Taka sama szkoła powstała zresztą w drugiej strażnicy, w Sierniczu Wielkim. Ciekawostką jest, że jednym z nauczycieli w szkole w Salamonowie był słupczanin, pan Podczaski, którego ojciec był pracownikiem akcyzy w rosyjskich instytucjach, funkcjonujących wówczas w Słupcy. Drugim nauczycielem w tej szkole był pan Różycki. Jak wielka była mizeria w ówczesnych szkołach, wiem z opowiadań moich dwóch rozmówców, z których jeden chodził do szkoły w Salamonowie, a drugi- w Sierniczu Wielkim. Nauczanie przebiegało w sposób bardzo prymitywny, jednakże po 123 latach zaborów pęd do nauki języka polskiego był naprawdę wielki. Ogromny wysiłek był udziałem nie tylko nauczycieli, ale i dzieci, które przynosiły torf i drzewo, żeby było czym napalić w piecu i żeby mogły się odbyć normalne zajęcia szkolne. Uczono się przeważnie tylko w okresie jesienno- zimowym, bo później większość rodziców zabierała dzieci do prac rolnych.
Szkoła w Salamonowie była również ważnym elementem, integrującym rozbite społeczeństwo wielkopolskie, bo chodziły tam dzieci z okolicznych wiosek, w których mówiono przecież tą samą gwarą, tylko, że jedni byli spod jednego okupanta, drudzy- spod drugiego. Ta szkoła istniała prawie do końca lat 20- tych. Zlikwidowano ją dopiero po wybudowaniu szkoły podstawowej w Sierniczu Małym. Cała posesja, łącznie ze strażnicą, została przez władze gminne sprzedana panu Józefowi Cegielskiemu i do dzisiaj jest własnością jego spadkobierców. Pan Cegielski, znany mistrz zawodu rzeźnickiego, uruchomił tam swój zakład i sklep.
Ze strażnicą w Salamonowie wiąże się pewien paradoks. Mimo, że Polska po 1918 roku odzyskała niepodległość, to pas graniczny od Giewartowa i początku Jeziora Powidzkiego aż do Anastazewa i Smolnik funkcjonował przez długi jeszcze czas, bo była to nadal granica powiatów: słupeckiego, gnieźnieńskiego lub konińskiego. Linia graniczna wytyczona przez okupantów istniała więc wiele, wiele lat. Dopiero ostatni podział administracyjny kraju zniwelował tę granicę i w tej chwili powiat słupecki sięga aż do gminy Orchowo.
Budynek strażnicy jest niewątpliwie zabytkowy, podobnie zresztą, jak ten po stronie pruskiej. Kiedy ostatnio tam byłem, żeby go sfotografować, bardzo się ucieszyłem, bo okazało się, że jego właściciele odnowili go i strażnica przechodzi jakby drugą młodość. Z pewnością w gminie Ostrowite, która w zabytki jest bardzo uboga, jest to ważny, choć posiadający smutną dla nas historię obiekt. Podobnego nie ma, jak sądzę, na przestrzeni wielu kilometrów. Myślę więc, że warto zaznajomić naszych czytelników z jego historią, zwłaszcza, że znajduje się on w granicach naszej małej ojczyzny, nowego powiatu słupeckiego. Jeśli kiedyś będą tamtędy przejeżdżać, być może zwrócą na niego uwagę.