Wspomnienia Ingrid Schwichtenberg z domu Ziemer zam. Stargard, Grosser Wall 17 (ul.Chrobrego)
Część 1
19 lutego 1945 roku odezwały się syreny alarmu bombowego. Samo w sobie nie było to nic dziwnego, juz nieraz odzywały się gdy formacje bombowców zbliżały się do pobliskiego Szczecina lub Berlina. Ale ty mrazem pierwsze bomby spadły na Stargard.Front stał gdzieś w okolicach Pyrzyc, nikt z nas nie wiedział dokładnie gdzie. Normalnie podczas alarmu musieliśmy z ojcem iść do naszego zakładu pracy, ale w tym dni unie mieliśmy przydziału, więc mogliśmy zostać w domu. Moja siostra mogła natomiast opuścić służbę w urzędzie wyżywienia armii tylko z ważną przepustką.20 lutego poszliśmy jak zwykle do pracy. Ale nic nie było do roboty. Cały dzień przegadaliśmy o codziennych sprawach. Mój ojciec dowiedział się na przykład, że zarząd powiatu (Kresileitung) przestał sprawować swoje funkcje.Moi rodzice wraz z babcią dyskutowali czy opuszczać miasto, na razie zdecydowali by przygotować przynajmniej bagaże do ucieczki.Torba z najważniejszymi dokumentami leżała przygotowana do szybkiego wyruszenia. Także plecaki z najważniejszymi dobrami zostały zaszyte. Teraz pakowaliśmy walizki naszymi ubraniami oraz jedzeniem. Wszystko stało na ręcznym wózku w szopie, razem z moim rowerem.21 lutego moja siostra dostała przepustkę i mogła na krótko przyjść do domu. W tym całym chaosie nikt nie pamiętał by złożyć jej życzenia z okazji dwudziestych trzecich urodzin. Nie wiedzieliśmy, że to były jej ostatnie.Wkrótce po tym jak wyszła zaczął się kolejny nalot, bez żadnego alarmu. Słyszeliśmy dźwięk rosyjskich samolotów nazywanych „maszynami do szycia“. Bomby spadły na dom przy Grosser Wall 18 (Chrobrego) połozony naprzeciw naszego, tak jak nasz przy moście na Inie.
Cześć 2
W czasie bombardowanie trzęsła się piwnica. Nagle ogromny huk. Światło zgasło, a nas rzuciło na ziemię. W świetke latarek kieszonkowych niewiele można było zobaczyć, wszystko spowijał gęsty pył.Dopiero następnego dnia zobaczyliśmy, że siedzieliśmy przy kominie, do którego wpadła bomba, która nie eksplodowała.Pomiędzy poszczególnymi falami nalotów mężczyźni chodzili na górę aby ugasić ewentualne pożary. Przymocowywali zasłony osłaniając nimi zniszczone wybuchami okna. Niektóre zdejmowali, aby nie zajęły się płomieniami od iskier i nie podpaliły mieszkań. Kiedy od czterdziestu pięciu minut nie słychać było samolotów, wyszliśmy z piwnicy na zewnątrz. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom, wszędzie pożary, dym zapierał nam oddech. Nasz dom wprawdzie jeszcze stał, ale wciąż słychać było eksplozje i dzwięki przypominające serie z karabinów maszynowych. Czy to były tylko odgłosy płomieni, czy jednak zapach nas nie mylił i wybuchały pancerfausty składowane w pobliżu szkoły oraz amunicja w spichlerzu Goldfarba? Z powodu ogromnego żaru oraz coraz większego zadymienia musieliśmy się wydostać ze starego miasta. Mieliśmy nadzieję, że na zewnątrz, wśród ostałych budynków znajdziemy jakieś schronienie. Wzieliśmy nasz zapakowany wózek z szopy i ruszylismy w stronę osiedla, do mojego wujka mieszkającego przy Bismarckweg (ul.Wielkopolska). Wspinając się Johanisstrasse (ul.Chrobrego) musieliśmy się zatrzymać – nie tylko przez żar i dym, ale przez powstałą burzę ogniową. Przejście było niemal niemożliwe. Całe śródmieście (starówka) stało się morzem ognia. Nie dało się rozróżnić żadnych szczegółów.
Żródło: FB Stargard in Pommern (W.S)