Wspomnienia Horst Reddig zam. Karlstrasse 16 (ul.Okrzei)
"Mój ojciec, Ernst Reddig był mistrzem w warsztacie samochodowym poczty w Stargardzie przy ulicy Okrzei (Karlstrasse). Nasze mieszkanie służbowe znajdowało się w tym samym budynku. Nie dziwne więc, że dorastając w takim otoczeniu bardzo interesowałem się pojazdami i ich naprawami. A gdy w tamtym czasie młody chłopak rozwijał w sobie miłość do techniki, mógł zgłosić się do którejś ze specjalnych jednostek HJ – lotniczej, radiowej, marynarskiej czy wreszcie zmotoryzowanej. I do tej ostatniej właśnie ja trafiłem. A ponieważ znałem też dobrze Pyrzyce dostałem zadanie przewodnika w transportach samochodowych na trasie Stargard – Pyrzyce.W końcu stycznie 1945 roku Armia Czerwona podeszła pod Pyrzyce. Zarządzona została wówczas specjalna akcja ratunkowa, której celem była ewakuacja ludności cywilnej z Pyrzyc, dotychczas zobowiązanej do pomocy w przygotowaniach do obrony.Pan Buchholz, inspektor poczty, był jednym z tych, którzy zarządzali tą operacją, wykorzystując do tego autobusy pocztowe. Były to pojazdy marki Krupp oraz Magirus, mogące zabrać z łatwością sześćdziesiąt osob.Miałem szesnaście lat, brałem już udział w budowie stanowisk czołgowych a teraz należałem do nowo utworzonej „Kompanii Łowców Czołgów 9“ HJ. Z tej właśnie jednostki dostaliśmy, tzn ja i mój przyjaciel Moppel Oelke, rozkaz zostania przewodnikami pojazdów kursujących na trasie Stargard – Pyrzyce. Moppel mieszkał przy Kościele Świętego Jana, w budynku miejskiej biblioteki, gdzie jego ojciec był gospodarzem domu.Na początku lutego jeździliśmy w dzień, siedząc na błotnikach pojazdów i wypatrując wrogich samolotów aby w porę ostrzec kierowców i pasażerów. Później transport był już tylko możliwy nocą, pod osłoną ciemności. Z reguły wykonywaliśmy co noc dwa kursy.Samochody zostawialiśmy w Pyrzycach w dworskiej rzeźni i ruszaliśmy pieszo po ludzi czekających na ewakuację w piwnicach ratusza. Był tam takže punkt zbiorczy rannych, więc panował niemiłosierny ścisk. Każdy, kto chciał być ewakuowany musiał mieć specjalny kartonik z pieczątką urzędu miasta, bez tego nie mogliśmy go zabrać.Zabieraliśmy kobiety, dzieci i starszych ludzi i ruszaliśmy szybko gęsiego jeden za drugim. Z powodu niesutannego ostrzału artylerii rosyjskiej musieliśmy się poruszać tuż przy ścianach budynków. Dla rannych i chorych mieliśmy w pomieszczeniu na bagaże dwie pary noszy. Same bagaże mogły zawierać tylko naprawdę niezbędne rzeczy. Pakowaliśmy je do bagażników umieszczonych na dachach autobusów. Pomagali nam w tym żołnierze, którzy nieraz próbowali odjechac z nami siedząc na dachach. Musieliśmy ich jednak odsyłać, gdybyśmy ich zabrali konsekwencje dla nas jak i dla nich byłyby bardzo złe. Ale ludzi, których spotykaliśmy ukrywających się na ulicach lub w piwnicach zabieraliśmy często bez kartoników z pieczątką. Byli to zarówno mieszkańcy Pyrzyc, jak i obcy, którzy nocą przedostali się do miasta z okolicznych miejscowości przez rosyjskie linie.Jazda z wyłączonymi światłami w nocy nie była łatwa. Ponieważ front nie był jasno określony poruszliśmy się bocznymi drogami, a trafienie na właściwą trasę, gdy wszystko przykryte było śniegiem stanowiło sporą trudność. Jadący przed nami pojazd opancerzony rysował ślady swoimi gąsienicami.Uciekinierów wysadzaliśmy w Stargardzie przed kinem Kapitol. Tu, naprzeciwko dworca był punkt zbiorczy oraz awaryjne zakwaterowanie. Później ludzie ci ruszali dalej na zachód.W sumie razem z Moppel Oelke odbyliśmy między 20 a 30 takich podróży, raz takže do Suchania. Ostatni pobyt w Pyrzycach mieliśmy 1 marca 1945 roku, zaledwie dzień przed rosujskim przełamaniem murów miejskich.Nie spaliśmy wówczas zbyt wiele, ale byliśmy młodzi i gotowi do działania. Dostawaliśmy też dużo jedzenia aby wytrzymać ten wysiłek."
Żródło FB: Stargard in Pommern (W.S)