|
starsze nowsze oceń zdjęcie | skomentuj ocenę | 18 głosów | średnia głosów: 5.93
29 września 2014 , Las Rakowiecki. Od wielu, wielu lat teren dzikich wykopalisk. Można znaleźć tu rzeczy z dawnego Breslau. Buteleczka po lewej nosi napis: Fruchtel. Kurt Henast. Kom-Ges. Hamburg 20. Mindestfüllgewicht 40 gr. |
‘’Wykopaliska’’ w rejonie Na Niskich, Żabia, Międzyrzecka, Krzywa Grobla, Plaża, Lasek. Jak się okazuje to częściej występujące zjawisko. Z tego, co wiem, na tych terenach, dawniej, było ‘’bagniście’’. Pierwotnie na części terenu pomiędzy Żabią i Na Niskich urządzono wysypisko śmieci komunalnych. Po pewnym czasie przykryto torfem, żwirem i odpadami poelektrownianymi. Podobno w latach około I Światowej zwożono całe składy wagonów ziemi z Ukrainy. Przykryto nią część terenu i urządzono dwa ogrody działkowe i Stadion. Moi Rodzice i Znajomi mieli takie ogródki po wojnie. Tuż przy alei wysadzanej morwami. Niemal naprzeciw bramy i kasy Stadionu nieopodal budynków stadionowych. W latach 50, kopiąc jesieniami ‘’wydobywaliśmy’’ fragmenty zużytego koksu, rozbitej lub uszkodzonej zastawy stołowej, butelek i buteleczek, części kafli, kubeczków, fiolek, kałamarzy, itp. itd. Tak, że owe ‘’znaleziska’’ mogą także pochodzić z z ‘’planowego’’, wcześniejszego działania ówczesnych władz. My z Ojcem, także wykopaliśmy ‘’prezenty’’ wojen. Pocisk artyleryjski na naszej działce. Tato zakopał go przy zewnętrznej ścieżce (Za 3m siatką i rzędem morw) na głębokości ok. metra. Wtedy - lata 50, takie ‘’znalezisko’’ to podejrzenie o szpiona. Na innym portalu informowałem o tym fakcie. Nikt nie zareagował. Drugi granat, moździerzowy, natrafiliśmy przy Żabiej (obok działek II) w latach 60 z Kolegami. Zgłosiliśmy na MO Rakowiec i saperzy zabrali. Powiadomiony Tato, z nami, pilnował do czasu przyjazdu saperów. 2021-12-03 03:23:08 (4 lata temu)
do Anneob: W 1960 roku, jako siedmiolatek, znalazłem w Lesie Rakowieckim hakenkrojca na szpilce. Prawdopodobne są to przedmioty przywiezione tu z okolicznych ulic tuż po II wojnie światowej. Pamiętam, że lasek dawniej był nazywany ,,śmietniskiem”. Cytuję za księdzem Peikertem, relacja z 17 marca 1945 r.: ,,W ciągu całego dnia otrzymuję raz po raz wieści o furii niszczenia, która ogarnęła nasze dowództwo we Wrocławiu i w ogóle w całej Rzeszy. Tak tędy Webskystrasse (Zgodna), Brockauerstrasse (Świstackiego) i wewnętrzną stronę Tauentzienstrasse (Kościuszki) opróżnia się z mebli i wszelkich sprzętów domowych. Przed oczami mieszkańców trwa popis obłędu niszczenia, który trudno opisać. Bez powiadomienia przymusowo ewakuowanych, znajdujących się jeszcze we Wrocławiu, wpada się do domów, wyrzuca na ulicę wszystkie stojące jeszcze meble, naczynia, obrazy i inne sprzęty domowe. Także przedmioty kultu religijnego, pamiątki rodzinne, tak drogie każdemu, wszystko leci na ulicę (…)”. ,,Kronika dni oblężenia”, s. 171, Ossolineum 2009. Być może kilkudziesięcioletnie rozgrzebywanie tego lasku ma swoje uzasadnienie w tym, że podobno znaleziono tu złoto. Ludzie w czasie wojny ukrywali pieniądze i złoto w meblach i w innych mniej trwałych przedmiotach i bibelotach. 2021-12-03 09:56:29 (4 lata temu)
do Wacław Grabkowski: Ksiądz Peikert miał świętą rację. Widział i doświadczał. Wystarczy porównać jak wyglądał szeroko pojęty (obecny), plac Społeczny przed wojną, w 44-45 i współcześnie. Pustynia w miejscu pięknej, zadbanej dzielnicy. Istnieją inne, przerażające relacje z tego co działo się w rejonie Hauke, pl. Wróblewskiego, Mazowieckiej, Kujawskiej. Przykładem takich relacji może być fragment listu Matki i Siostry pewnego młodego Chłopca. Tekst ten, jest częścią materiału przygotowanego przez Panią Agnieszkę Dubaniowską (na podstawie pracy zbiorowej). …’’Tego dnia przed południem rozpoczęły się ciężkie bombardowania, które z krótkimi przerwami trwały przez cały dzień. Po służbie, którą pełniłam w kuchni u Bonifratrów, miałam rowerem wracać do domu, co mi odradzano. Mimo to czułam, że muszę koniecznie zjawić się w domu, nie zważając na wielkie niebezpieczeństwo. W domu ojciec przyjął mnie słowami: „Musisz natychmiast jechać do Terenowej Grupy Partyjnej i zgłosić pożar restauracji Haasego, wywołany bombami!”. Kiedy zajechałam na miejsce, zobaczyłam, że wszyscy łącznicy zgromadzeni są na podwórzu. Ebi ruszył w moim kierunku z radością na twarzy: „Siostrzyczko, ale się cieszę, że przyjechałaś mnie odwiedzić!” „Ale dlaczego wy, chłopcy, palicie wszyscy papierosy?” „Rozdaje je nam przewodniczący TGP i każe palić, żeby nam nerwy nie puściły, tak mówi”. „A dlaczego jeszcze nie śpicie?” „Zarządzono dla nas wyższą gotowość alarmową. Na pewno tej nocy nie zmrużymy oka, bo w mieście pali się wszędzie. A szefowie siedzą tymczasem przy winie w bunkrze”. A potem Ebi powiedział coś, czego nigdy dotąd nie mówił, nawet gdy był bardzo zmęczony: „Gabi, jestem dzisiaj kompletnie rozbity, nie mogę się pozbierać , cieleśnie i duchowo. Po pierwszym bombardowaniu przed południu musiałem odkopywać żołnierzy spod gruzów. Znaliśmy ich tu już od wielu dni, rozmawialiśmy z nimi i zdążyliśmy się z nimi zaprzyjaźnić. Jednemu oderwało głowę, wyciągnąłem ją za włosy, wygrzebałem po kawałku i złożyłem w całość. Krew ciekła z niego po bruku. Inny zmarł mi pod rękoma. A jeszcze dwie godziny wcześniej rozmawialiśmy z nieszczęśnikami. Ciężko nam ta akcja szła, bo gruzy osuwały się cały czas, tak że nam samym groziło zasypanie”. Po chwili opowiadał dalej: „Przy kościele św. Maurycego wybuch bomby rozrył groby. Musiałem zbierać i kompletować szczątki, składać je do trumien i pomóc je z powrotem pogrzebać. Potem dostaliśmy pistolety i kazano nam dobić ranne konie, które na ulicy nurzały się we własnej krwi. W kinie „Kristallpalast” przy Mauritiusplatz [obecnie Pl. Wróblewskiego] paliły się wskutek zwarcia wszystkie światła. Ponieważ nie można było ich wyłączyć w ogarniętym pożarze budynku, musieliśmy ze względu na samoloty strzałami z pistoletów roztrzaskać lampy”. Musiałam już wracać do domu. „Ach, siostrzyczko, zostań jeszcze chwilę! Muszę ci jeszcze pokazać, gdzie uwolniłem dzisiaj spod gruzów konika!” Zaprowadził mnie po tych słowach do stajni. Kiedy musiałam już rzeczywiście iść, odprowadził mnie jeszcze na ulicę. Pożegnał się ze mną serdecznie, a ja nie zapomnę nigdy jego ostatnich słów: „Wracaj cała i zdrowa do domu, siostrzyczko! I pozdrów ode mnie tatę i mamę!” Odwróciłam się raz jeszcze. Stał ciągle na ulicy i patrzył za mną smutno. W rozedrganym blasku płonących domów widziałam tej ponurej nocy jego twarz, poważną i wzruszoną zarazem. To już nie chłopczyk, nie dziecko, pomyślałam sobie, to już mały mężczyzna. Gdybym tak mogła zabrać go ze sobą do domu, tak przecież tęskni, choć nie przyznaje się do tego!’’… 2021-12-03 18:04:35 (4 lata temu)
do Wacław Grabkowski: W latach 60-tych był telefon"Zgłaszanie niewypałów"Saperzy po telefonie przyjeżdżali i bez zbędnych pytań zabierali.Na usunęcie znaleziska czekało się ok. tygodnia.Bywało ze z lekcji w szkole wyciagali chłopaka aby pokazał gdzie leży znalezisko. 2021-12-05 14:18:07 (4 lata temu)
|
|
Na stronie od 2009 czerwiec
16 lat 10 miesięcy 1 dzień |
![]() |
lasy
|