Ze wspomnień Elli Schneider z domu Weber
Stargard, Jobststrasse 81 (ul. Piłsudskiego)
10 lutego 1945 r.
Tego dnia po raz pierwszy sowieckie czołgi dotarły do Kluczewa, na granicy naszego rodzinnego Stargardu. Wydano zatem postanowienie, że kobiety i dzieci powinny (a przynajmniej mogą) opuścić miasto. Mój ojciec przyjechał z Polic, gdzie pracował w fabryce benzyny syntetycznej. Zakład został dzień wcześniej obrócony w gruzy i popiół przez angielskich lotników. Z ciężkim sercem postanowiliśmy spakować najpotrzebniejsze rzeczy i opuścić Stargard. Założyliśmy na siebie po kilka warstw ubrań, parę walizek zapakowaliśmy do pełna. Pościel poupychaliśmy w worki. Zabraliśmy też jedzenie.
Moja siostra, urodzona w 1931 roku miała mieć 11 lutego bierzmowanie. Dlatego było juz upieczone ciasto, a stół udekorowany został kwiatami. Oczywiście bierzmowanie nie odbyło się, a ciasto zabralismy ze sobą. O czwartej nad ranem moją najmłodszą, dwu i pół letnią, siostrę włożylismy do wózka, nasze bagaże zapakowaliśmy na ręczny wózek sąsiadów i ruszylismy na dworzec. Po pewnym czasie nadjechał pociąg pasażerski. Zabraliśmy się nim do Szczecina. Tutaj mój ojciec zdobył w centrali partii pozwolenie aby jechać z nami dalej. Tym razem wsiedliśmy do wagonu towarowego, bez żadnych siedzeń czy nawet toalety i udalismy się na zachód.
Henryka But-Husaim
"W tej kamienicy mieszkałam od 1983r do 2002 na pierwszym piętrze, wprowadzając się zastałam piece przedwojenne w każdym pokoju, ubikacja na klatce schodowej, fajnie bo wszystkie spotykaliśmy się wieczorem na klatce w szlafrokach /jak w rodzinie /, było tam biurko, które mam do dzisiaj /sentyment/
Nie wszystkie Niemki wyjechały na Zachód, niektóre zostały z dziećmi, nie miały pieniędzy, sprzedawały spuszczając głowy ciuszki dziecinne, takie czasy"
(Wojtek W.S)