Nieopodal Baszty „Białogłówki” przy Speicherstrasse [Spichrzowa] wybudowano w 1873 roku budynek, w którym na górze znajdują się mieszkania rabina i kantora, a w dolnych pomieszczeniach mieści się szkoła religijna. Na dziedzińcu posesji znajduje się synagoga [Synagoge], która została zbudowana od podstaw z myślą o 400 osobach. Szczyt prezentuje bizantyjskie formy architektury. W 1876 roku odbyła się jej gruntowna renowacja, zaś 17 września tego samego roku miało miejsce uroczyste poświęcenie. - z przewdonika Otto Zucka (1900r.) wyd MAH Stargard.
Nowa synagoga w Stargardzie Sczecińskim została otwarta 28.09.1913. Do jej budowy przystąpiono, ponieważ poprzedni budynek okazał się na potrzeby gminy niewystarczający. Nowa synagoga znajdowała się przy Speicherstraße 14/15 (dziś ulica Spichrzowa), która to działka już od dawna była w posiadaniu gminy. Przed synagogą stał budynek mieszkalny, w którym znajdowały się m.in. mieszkania rabina oraz kantora. Budynek ten, jak również sąsiedni spichlerz na sól oraz położenie nad brzegiem rzeki Iny sprawiały, że synagoga od strony Speicherstraße była zupełnie niewidoczna. Można było zobaczyć ją jedynie od tyłu a szkic synagogi widzianej właśnie z tej perspektywy, został uwieczniony przez Joachima Stampę, który sporządził również krótki opis świątyni. Wbrew pozorom był to jednak budynek dość imponujący, z fasadą z żółtych cegieł wykonaną w stylu orientalistycznym, obramowaną cegłami w kolorze czerwonym. We wnętrzu świątyni znajdowała się olbrzymia sala modlitewna oraz liczne pomieszczenia boczne. Synagoga ta miała służyć gminie przez kolejne 25 lat. Wydarzenia Nocy Kryształowej (9/10 listopad 1938 roku) synagoga wprawdzie przetrwała, ponieważ straż pożarna zdołała uchronić ją przed spłonięciem, wbrew wyraźnym rozkazom Partii Narodowosocjalistycznej. Ogromny budynek próbowano podpalić dwukrotnie, za każdym razem w bardzo prymitywny sposób, tak że nawet bez inicjatywy straży pożarnej ogień sam by wygasł. Jednak wkrótce potem strop synagogi został wysadzony co uszkodziło budynek do tego stopnia, że musiał on zostać zamknięty ze względów bezpieczeństwa. Budynek został później rozebrany, ale sąsiednie zabudowania pozostały na swoich miejscach
Pożar synagogi
Kierownictwo NSDAP Rzeszy postanowiło, że w nocy z 9 na 10 listopada 1938 r. żydowskie miejsca kultu, synagogi, powinny zostać spalone w całej Rzeszy Niemieckiej. Poinformowano o tym straż pożarną i poinstruowano, aby w przypadku dotarcia do płonącej synagogi z opóźnieniem ograniczyła się do ochrony sąsiednich budynków. Była to tak zwana „Noc Kryształowa”.W Stargardzie synagoga nie znalazła ognistej ziemi. (Autor tej książki i tych wierszy był członkiem stargardzkiej ochotniczej straży pożarnej i jednocześnie łącznikiem z NSDAP. Jednocześnie cieszył się nieskrępowanym zaufaniem burmistrza dr. Ludzie.)
Zostałem więc wezwany do komendy okręgowej i otrzymałem powyższe instrukcje. Zapytałem, jak to powinno wyglądać w praktyce. Z jednej strony nie wiedzielibyśmy, kiedy zostaniemy zaalarmowani przez alarm przeciwpożarowy, az drugiej całkowicie niepewni, czy pomoc straży pożarnej nie będzie potrzebna gdzie indziej przez ten sam alarm przeciwpożarowy. Doszło do wniosku, że o ile straż pożarna powinna jak zwykle szybko zareagować w przypadku alarmu, to gdyby zadziałała z powodu pożaru synagogi, a nie z powodu kolejnego pożaru, przejęłaby jedynie ochronę sąsiednich budynków i pozwoliła powinno być spalenie synagogi.Z tą instrukcją udałem się do dr. Völkera i poinformował go o tym, jednocześnie pytając, co sądzi o tej sprawie i czy popiera polecenia zarządu powiatu. Uważam, że podpalenie jest podpaleniem bez względu na to, kto go dokonuje, a strażacy mają obowiązek zapobiegać niszczącym pożarom. otrzymałem od dr. Völker otrzymał polecenie skonsultowania się z dzielnicowym komendantem straży pożarnej Juliusem Richardtem i innymi członkami Führerratu: zdecydowanie powinniśmy wyjść i ugasić pożar w synagodze w zwykły sposób. Będzie nas osłaniał przed zarządem okręgu.Następnego ranka syreny przeciwpożarowe zawyły, gdy było jeszcze ciemno. Wskoczyłem w gotowy mundur strażacki, wsiadłem na swoje bmw i pojechałem prosto do synagogi, bo tam został nam ogłoszony pożar. Dotarłem tam dużo wcześniej niż pojazdy straży pożarnej, które wtedy również zjeżdżały z Johannisbergu. Nigdy wcześniej nie byłem na tej posiadłości i miałem bardzo mgliste pojęcie o budowie.Drzwi frontowe budynku mieszkalnego przy Speicherstrasse były otwarte. W domu panował stłumiony niepokój. Nie było krzyków i biegania. Sosnowe drewno na opał leżało na wierzchu dywanu, który następnie podpalono. Najwyraźniej podpalenie przez mieszkańców domu, albo zostało wcześnie zauważone albo podejrzewano że następi. Kłody drewniane zostały rozepchnięte - prawdopodobnie kopnięciem. Tu wojsko nie musiało nic więcej robić. To źródło ognia zgasłoby samoistnie najpóźniej za kwadrans. Podobnie było z drugim źródłem ognia, które ustawiono w korytarzu przedpokoju i zainfekowano. Tutaj również tliło się jeszcze tylko kilka kawałków drewna opałowego. W sali przy ołtarzu krzątała się kobieta zbierać świeczniki i przybory i przenosić je. Kiedy wojsko podjechało, sprawę zgłosiłem. Przeszukano lokalizacje, aby sprawdzić, czy gdzieś indziej nie doszło do pożaru. Tak się nie stało i straż pożarna wróciła do zajezdni przy Hindenburgstrasse.W dalszym omówieniu pożaru generalnie podkreślano, że zachowanie straży pożarnej w tym przypadku podpalenia było prawidłowe. Straż pożarna jest po to, aby zapobiegać pożarom - nieważne. jak powstały. Na dodatek ośmieszano prymitywny sposób kremacji dużego domu. Oba pożary można było ugasić jedną kanką mleka pełną wody. Nad ranem – pełniłem służbę jako urzędnik miejski w ratuszu – ponownie wezwano mnie do starostwa powiatowego, które w tym czasie mieściło się w dwuspadowym domu przy Radestrasse 19 nad kasą oszczędnościową. Przywódca dystryktu, Siegfried Schug, brutalnie skonfrontował mnie z pytaniem, dlaczego nie pozwoliliśmy spalić synagogi. Synagogi spłonęły wczoraj w całej Rzeszy, tylko nie w Stargardzie. Opowiedziałem mu o zarządzeniu burmistrza, że powinniśmy się wyprowadzić bez względu na wszystko, i o absurdalnym sposobie podłożenia ognia. Wojsko nawet nie musiało wkraczać do akcji. Dostałem rozkaz od komendanta dystryktu, jak postępować następnego ranka, kiedy znowu zawyją syreny, i że tym razem synagoga zostanie spalona. Znów zaniosłem to do dr. Völkera, który był autorytarnym zwierzchnikiem stargardzkiej policji i straży pożarnej, zwanej wówczas „policją gaśniczą”, ze względu na niemiecki kodeks miejski. I znowu dostałem ten sam rozkaz co dzień wcześniej: ruszać na pierwszą syrenę i gasić.Następnego ranka było to samo zamieszanie co poprzedniego dnia: zawyły syreny, byłem pierwszym strażakiem w synagodze, znowu prymitywne ogniska, tym razem trochę więcej, ale bynajmniej nie wystarczające, jak na tak duży budynek aby zajął się ogniem. Tu wyraźnie widać było, że Stargarder SA nie miał praktyki w rozpalaniu ognia. Najwyraźniej żydowscy mieszkańcy miasta nawiązali w międzyczasie kontakt ze swoimi współwyznawcami w innych pomorskich miastach i byli na to przygotowani, prawdopodobnie nawet nie spali i wręcz na to czekali. Straż pożarna została zaalarmowana bardzo wcześnie. Nie udało się jednak ugasić 4 czy 5 źródeł ognia w zadymionym budynku hali.Po raz trzeci partia już nie próbowała spalić synagogi. Po kilku dniach w ich więźbie dachowej w północno-zachodnim narożniku, obok magazynu soli, umieszczono małe urządzenie wybuchowe, które uszkodziło więźbę dachową tak poważnie, że budynek został zamknięty przez policję. Synagogę następnie rozebrano.
(W.S)