27.04.2026 - zamówione 2 dyski SSD GOODRAM CX 400 2TB za 1698 zł - kończy nam się miejsce na dyskach SSD 460 GB (zostało 15 GB wolnego miejsca). Na tych dyskach są m.in. system operacyjny, kafelki mapy i miniatury zdjęć. Dyski będą w czwartek, w majowy weekend przeniosę na nie wszystkie dane. W maju lub w czerwcu kupię dyski HDD ~ 20 TB i przeniesiemy tam dane z dysków 3 TB (oprócz tego mamy 2 x 12 TB w RAID 1 od Esskiego).
?
Wiem że na wrzesien 1939 składowany był gdzieś w Warszawie.
Ciekawe czemu go np. nie zakopano przed kapitulacją? Napewno musiały być jakieś ważne powody.
do Daros: Dzięki za info. Ciekawa stronka. Co prawda rosjanie mieli większy kaliber, nasz Ur miał bardzo dobre parametry, no i wyprodukowany sporo lat wcześniej, gdyż w 1935 r. Więcej na
Myślę,że jaszcze 10 - 12 lat temu stał. Czasem robiłam tam zakupy. Po prawej stronie od wejścia był duży sklep samoobsługowy, po lewej bar z byle jakim jedzeniem i nieprzyjemnym zapachem. W odróżnieniu od kina "Moskwa" nie żal mi go.
do Hanna Janiszewska: A mnie wręcz przeciwnie. Nie żal "Moskwy", a Supersam miał ciekawą architekturę i można było zaadaptować go dla innej firmy. A że śmierdziało... W czasach świetności tego obiektu tzw. nieprzyjemne zapachy wydobywały się ze wszystkich barów w Warszawie, a szczególnie barów mlecznych.
do † Yanek: Typowe: jak mąki, kaszy albo cukru, to od razu trzeba nie mniej jak cztery kilo, bo trzeba trzymać w domu absurdalne zapasy, choćby się miał wołek zbożowy zalęgnąć...
do jurekpogodno: Jeszcze w latach 60-tych podobno nie było problemów z zaopatrzeniem sklepów w towar - oczywiście nie było pomarańczy przez cały rok...
do Jarosław Dubowski: Nie tak daleko od Supersamu był bazar przy ul. Polnej. Jak tam się zajrzało w tamtych czasach to przynajmniej można było na egzotyczne owoce popatrzeć.
Jak widać, to zarówno koszyki kupujących, oraz półki i lodówki w sklepie pełne. Ocet wypełniający sklepy spożywcze, to czasy o dwadzieścia lat późniejsze.
do syl: Potwierdzam, po kryzysie kubańskim zaopatrzenie wybitnie się poprawiło. Właściwie wszystko, co niezbędne do życia, było dostępne, inną sprawą jest, że towary przemysłowe, w tym odzież i obuwie, były siermiężne, po prostu brzydkie. W każdym kiosku "Ruchu" dostępna była większość przedmiotów pierwszej potrzeby: kosmetyki, szampony, mydła. proszki do prania, artykuły higieniczne, zabawki i nawet podstawowe leki. Na pewno nie było w nich żywności. Na wrocławskim rynku były trzy gatunki chleba: mieszany (3 zł), sandomierski (3,5 zł) i praski (4 zł), bułki zwykłe (50 gr), paryskie (2 zł) i wrocławskie (4 zł). Trzy gatunki mąki, dwa rodzaje cukru i parę odmian kasz. Cytrusów nie było, tow. Wiesław powiedział, że jabłka są równie dobre, jak cytryny, rzecz jednak w tym, że prekursora nowoczesnego sadownictwa, prof. Pieniążka tępił zawzięcie (rozwinął skrzydła dopiero za Gierka). Słabo było z warzywami, królowała kapusta, marchew, cebula, buraki i kartofle. Nowalijki były prawie nieznane. Dużo było ryb, mięsa (gł. wieprzowina), dobre wędliny i b. duży wybór wódek gatunkowych, dziś już zapomnianych. Była też znacznie więcej gatunków papierosów, o wyczuwalnie różnych aromatach. Zaporą były wysokie ceny i niskie zarobki proletariatu. Ceny były jednak zróżnicowane, np najtańsze papierosy sporty kosztowały 3 zł. a najdroższe, carmeny; 12 zł. Podobnie było z alkoholem. Dzisiaj ceny są mocno zgeszlajchtowane, ale to już inna bajka. Jeszcze jedno: był, zapomniany teraz, duży wybór modeli odbiorników radiowych i telewizyjnych, obok rodzimej produkcji - też enerdowskiej i radzieckiej.
Na koniec: jednego nie pojmuję, Gomułka zostawił Gierkowi Polskę, w której każda większa wieś miała mleczarnię i gorzelnię, w każdym mieście przynajmniej jeden browar, wszędzie zakłady mięsne, cukrownie, a osobliwie na Dolnym Śląsku przeogromny przemysł włókienniczy - a wszystkiego nagle zabrakło, nastał deficyt wszystkiego. Dzisiaj nie mamy praktycznie żadnego przemysłu, a spożywczego jak na lekarstwo, a półki się uginają. Ciekawe, nie?
do † Festung: I jeszcze jedno, być może to sedno wszystkiego: w PRL każdy zakład zatrudniał ze dwa-trzy albo i pięć razy tyle osób, niż naprawdę było potrzeba. Każdy zakład przemysłowy to były hektary terenu i kilometry dróg wewnętrznych. Wszystko to kosztowało koszmarne pieniądze, dlatego średni zarobek w kraju miał siłę nabywczą $15 - $30. A w Peweksie flaszka dobrej wódki kosztowała dolara, dolara też trzeba było dać za paczkę Marlboro. A za dżinsy Rifle- chyba $7 albo i $9
do Julo: Relacje między krajami "miłującymi pokój" a Europą Zachodnią były mniej więcej takie, jak dziś między Koreą Płn. i Płd. Relacje ekonomiczne były bardziej księżycowe niż realne (znany gomułkowski, oficjalny kurs dolara: 1 $ = 1 zł). Pamiętam jednak, że wielkość zakładów, w tym długość ich dróg wewnętrznych była dokładnie taka sama, jak w czasach niemieckich - mam na myśli ZNTK Wrocław, Oława i Oddział Robót Zmechanizowanych przy Paczkowskiej, tj. zakładów w 100% poniemieckich. O liczbie pracowników się nie wypowiadam, bo jej nie znam.
do Danuta B.: Moje Wranglery w 67 kosztowały 8 dolców i dla nich w wakacje pracowałem w państwowej firmie jako niewykwalifikowany cały miesiąc. Rok później, już jako wykwalifikowany technik dostałem trzy razy mniejszą pensję. To jeszcze jeden absurd czasów minionych. A jak już wspominamy dawne ceny to z pewnością mało już kto pamięta, że kg cukru kosztował 12 zł (jakiś czas temu był wrzask, że cukier dochodzi do 5 zł), a czekolada Zakłdów 22 lipca (d.E.Wedel) kosztowała 19 zł, najtańsza kiełbasa zwyczajna 26 zł i pół ela z czerwoną kartką tyleż samo. I to wszystko przy średnich zarobkach niższych niż dzisiejsza najniższa krajowa. I jeszcze jedno. Niewykwalifikowani z reguły większość swoich dochodów zostawiali w monopolowym lub na melinach.
do Danuta B.: I uzupełnienie. Oczywiście z pensji jako niewykwalifikowany kupiłem bony (a 50 lub 100 sztuka - nie pamiętam), zapewniłem sobie resztę wakacji, kupiłem książki szkolne na następny rok i jeszcze zostało mi ma cygaretki, tak, że nie musiałem dawać korepetycji, aby mieć co palić. Takie czasy.... :-)
do † Festung: Zamknięcia jeszcze sprzed czasów zakrętek typu :twist", które kojarzę jakoś z wczesnym Edwardem. Takie, jak na zdjęciu, najstarsi pamiętają, że to blaszany dekielek z gumką uszczelniającą, zapięty owalną obejmą z tej samej blachy. Nie nadawało się to do wtórnego obiegu w przetworach domowych.
do Danuta B.: Tak nie do końca, dawało się je wykorzystywać tyle że odsetek odrzutów był tu wyjątkowo duży. Wieczko nawet łatwo się zaciskało pod wpływem podciśnienia przy pasteryzacji ale zabezpieczenie z tej obejmy a zwłaszcza ten pazurek przechodzący przez dziurkę, to była masakra. Najczęściej nie dało się nim dobrze dociągnąć tej obejmy a nie mniej często się zwyczajnie urywał co powodowało iż jedynym miejscem dlań należnym był kosz na śmieci. Pamiętam jak moja matka (i nie tylko) z ulgą przyjęła pojawienie się słoików z nakrętką Twist. Swoją drogą takie zamknięcie na tę blaszana obejmę, stosowano zdaje się jeszcze w latach 90-tych przy daniach gotowych typu bigos, pulpety, fasolka itp.
do † Yanek: Moja mama nie próbowała:). A jeśli pojawiały się takie zamknięcia, świadczy to tylko kondycji firmy, której nie stać było na zakup nowej linii do pakowania.
do Danuta B.: Linia linią, była jeszcze bariera zakętek twist-off ktore produkowała w Krakowie jedna firma, z użyciem wysoce zaawansowanych komponentów z II-go obszaru płatniczego...
do Danuta B.: Nie chcę tu zmyślać ale takie zamknięcia stosował zdaje się całkiem długo Kotlin czy inne duże zakłady przetwórcze, tyle że jak pisałem wcześni8ej tylko do dań na poły gotowych, jako wyraźnie opakowanie jednorazowego użytku. Poza tym tu też zdaje się chodziło o wymiar słoika czy raczej jego pojemność, te z obejmą miały zdaje się poj. ok. 600 ml (dwie porcje), natomiast Twisty były w skali funtowej jak np duże słoiki standard 2 funty (0,9 l) czy mniejsze 1-o funtowe (455 ml). Teraz każdy sobie zamówić może jaki chce wymiar, kształt itd ale wówczas standaryzacja była dominująca.
do Jarosław Dubowski: O tych nie wspominałem, bo tych słoików w ogóle się nie dawało wykorzystać, choć ... sorry np. w Odessie sprzedawano w takich właśnie 0,5 l słoikach ... piwo w przyulicznych punktach sprzedaży a nawet na Priwozie obok głównego dworca brano za taki słoik ... kaucje !!! :)))
do ZPKSoft: Chodzę sporadycznie Bobrowiecką i ostatnio połapałem się, że chyba juz nie ma przy niej żadnego budynku, który nie tyle pamięta przedwojnie, ale i nawet śladu po PRL-u nie ma. Przy Kierbedzia pozostały jedynie jakieś ostańce po PZO lub innym zakładzie.
do PEŻ: A "sarenka" pewnie jedna z widocznych na zdjęciu. Ech, parkowanie wtedy to był luksus, choć czasami ryzykowny. Plandeka z "malucha", którejś nocy, wyparowała :-(: